Maja Michalak: Cześć, Tomku, jak się masz? Wiem, że jesteś świeżo po Targach Książki i po maratonie wywiadów związanych z premierą.
Tomasz Szymański: Dzień dobry. Zanim przejdziemy do książki, pozwolę sobie zacząć od małego prezentu. To są elementy, z którymi ostatnio się nie rozstaję. To tak zwany byśek — kurpiowskie pieczywo obrzędowe, które przybiera formę krówek, jeleni, owieczek. Wytwarza się je od wieków na Kurpiowszczyźnie, do dziś, jako swoisty amulet szczęścia.
Maja Michalak: Mam nadzieję, że przyniesie nam szczęście w trakcie tej rozmowy. Zacząłeś typowo dla siebie — w bardzo nieoczywisty sposób. Myślę, że jesteś mieszanką nieoczywistych połączeń i to świadczy o twojej sile.
Targi książki i relacja indywidualnego człowieka z dziełem
Tomasz Szymański: Jestem jeszcze podekscytowany pierwszym doświadczeniem targów po stronie autora. Na Warszawskie Targi Książki chodziłem z rodzicami od dzieciństwa, a to był pierwszy raz w roli autora — bardzo stresujący. Zjawiłem się na stoisku, ustawiła się ogromna kolejka i okazało się, że to kolejka do następnego autora po mnie. Balonik wielkich wyobrażeń został przebity.
Ale napisała do mnie dziewczyna, której mama pojawiła się jako pierwsza — to była moja pierwsza dedykacja na targach. Dla niej dużo to znaczyło i to jest dla mnie synonim mojej relacji ze sztuką: nie zależy mi na wielkich narracjach czy liczbach, tylko na relacji indywidualnego człowieka z dziełem sztuki.
Maja Michalak: To zaskakujące, patrząc na to, jakie wyświetlenia mają twoje filmy — mówimy o milionach przy każdym reelu na Instagramie. Myślę, że doskonale czujesz, co zachwyci ludzi i ujmie ich za serce. Rzeczą, która łączy twoje ostatnie materiały, jest autentyczność i danie ludziom historii, których nie da się wygenerować przez sztuczną inteligencję ani znaleźć w książkach. Gdyby nie ty, prawdopodobnie nie dowiedzielibyśmy się o tych historiach.
Wychodzenie z bańki — idea Solo Show
Tomasz Szymański: Tworząc Solo Show i wszystkie treści, mam jedną ideę: wychodzenie z bańki. Z tego samego powodu powstała książka „Ukryci na widoku” i nagrywam praktycznie wszystkie filmy — czy dotyczą sztuki współczesnej, czy ludowej — żeby pokazać, że to nie jest dla wąskiego grona odbiorców. Sam się z tym konfrontowałem, kiedy zaczynałem, wchodząc do instytucji i galerii prywatnych jako początkujący odbiorca sztuki. Czułem dosłownie skrępowanie, czułem się nie na miejscu.
Może dlatego akcentuję indywidualne historie i indywidualną relację z konkretną osobą. Bo dla mnie jedyny sens opowiadania o sztuce z perspektywy takiej osoby jak ja — nie jestem ani kuratorem, ani krytykiem, nie kończyłem studiów w tym kierunku — to opowiadanie o swoim osobistym, indywidualnym doświadczeniu.
Maja Michalak: Myślę, że to jest twoja duża siła — że nie masz wykształcenia kierunkowego. Skończyłeś finanse i rachunkowość, skończyłeś filozofię, a sztuka jest twoim miejscem, gdzie odnajdujesz mnóstwo zachwytów i inspirujących historii. Widać, że się tym cieszysz. Ludzi to pociąga, bo mogą się z tobą utożsamić — nie robisz historyczno-artystycznej analizy dzieła, nie podchodzisz z konkretną metodologią, tylko robisz to tak, jak czujesz.
Media społecznościowe i przełamywanie wstydu
Tomasz Szymański: To jest element związany z tym, co mnie tak mocno przyciągnęło do mediów społecznościowych. Jednym z pozytywnych elementów Instagrama jest dla mnie to, że mają szansę wybrzmieć tam nie te wielkie opowieści, największe nazwiska i replikowanie utartych hierarchii sztuki współczesnej, tylko mikronarracje — opowieść o pani Oli Oślickiej, która robi byśki od 80 lat. Instagram pozwala, że nie musimy wchodzić w hierarchię narzucaną przez instytucje. Premiowane jest tam dzielenie się własną, subiektywną perspektywą.
Musiałem do tego dojść. Na początku w ogóle się nie pojawiałem na swoich filmach. Największy przełom to był, kiedy przestałem się wstydzić i nabrałem odrobiny pewności, że to, co mam do powiedzenia, może mieć dla kogoś wartość. To szukanie własnego gustu udokumentowałem w książce „Ukryci na widoku”.
Jak rok pisania zmienił gust — Antoni Rząsa
Maja Michalak: Bardzo ciekawe jest to, co piszesz na początku książki: że w grudniu 2024 roku, kiedy ją zaczynałeś, zapowiadała się zupełnie inaczej niż w momencie, kiedy ją kończyłeś rok później. Że ten rok pisania zmienił twój gust.
Tomasz Szymański: Dobrym przykładem jest sztuka Antoniego Rząsy, który tworzył sztukę sakralną w drewnie, w bardzo niedzisiejszym, oldskulowym, kościelnym języku. Z warszawskiej perspektywy miłośnika sztuki współczesnej to było coś niedzisiejszego, z innej epoki, raczej ze świata fascynacji moich rodziców niż coś mojego. Tak zapamiętałem pierwsze spotkanie z tą sztuką 5 lat temu.
W trakcie pracy nad książką wracam w to samo miejsce z zupełnie innym bagażem doświadczeń i znajduję zupełnie innego artystę. Dowiaduję się, że duchowni wyrzucali tę sztukę poza obręb kościołów, bo była zbyt awangardowa, zbyt mało ortodoksyjna. I nagle okazuje się, że gust, który brałem za swój, jest wynikiem konsensusu towarzystwa, w którym się obracam. „Ukryci na widoku” powstawali w ramach podróżowania po Polsce i spotykania sztuki na żywo — wtedy najlepiej udawało mi się znajdować, co właściwie jest moje. Potrzebowałem kontaktu na żywo.
Podróże po Polsce i fenomen Konina
Maja Michalak: Czy jeżdżąc po Polsce, zaskoczyło cię, jak wiele zachwycających miejsc jest? Sam na nie wpadałeś, czy ludzie cię do nich prowadzili?
Tomasz Szymański: Dzwoniłem regularnie do mojej redaktorki Olgi Święcickiej, która wyszła z inicjatywą książki, i pytałem, czy te 101 to konieczna liczba, czy nie możemy zrobić 73. Miałem obawy, że zabraknie mi dzieł, które mnie porywają i co do których mam coś więcej do powiedzenia niż podręcznikowa synteza. A zdarzyło się odwrotnie — podróże i spotkania z ludźmi, kuratorami, artystami odsyłały mnie do następnych realizacji, to się rozgałęziało. Gdyby książka powstawała jeszcze pół roku, byłaby zupełnie inną listą, z akcentem jeszcze mniej na wielkie miasta.
Chwilę przed domknięciem książki rozmawiałem z kuratorką z Poznania o rzeźbach na cytadeli, a ona mówi: „Konin. Musisz pojechać do Konina”. Nigdy nie słyszałem o rzeźbach w Koninie, a okazuje się, że to fenomenalna historia — połączenie przemysłu, lokalnych okoliczności i sztuki. Od lat siedemdziesiątych odbywały się tam plenery rzeźby aluminiowej. Huta aluminium zapraszała najlepszych polskich artystów i wprowadzała ich w unikatowy kontekst, bo rzeźby aluminiowej prawie nikt w Polsce wtedy nie robił, dając każdemu te same możliwości i zaplecze pracowników huty. Dla mnie to jak odnajdywanie super rzadkiego ptaka. Te rzeźby są eksponowane przed lokalnym centrum kultury — dostępne 24 na dobę, za darmo, bez biletów.
Miejsca, nie tylko obiekty — galerie specyficzne
Maja Michalak: U ciebie fajne jest to, że to nie są tylko rzeźby czy obiekty, ale także miejsca — uwzględniłeś małe galerie. Dlaczego?
Tomasz Szymański: Fajnie, że użyłaś słowa „miejsca”, bo o nie walczyłem w tytule. Postawiliśmy w końcu na „101 opowieści o sztuce w przestrzeni publicznej”, ale miejsce to najlepsza definicja tego, co znajdziemy w książce. Galerie specyficzne: galeria z kioskiem ruchu, galeria na dworcu kolejowym, galeria w dawnym uzdrowisku w Sokołowsku. Galerie autorskie jak Antoniego Rząsy albo galeria Hasiora — miejsca, budynki w całości zamienione w obiekty artystyczne, dzieła sztuki totalne.
Mógłbym sprzedać wyrafinowaną opowieść o tym, że traktuję tę architekturę jako przedłużenie rzeźb przestrzeni publicznej, ale powód dodania ich jest pragmatyczny. Chciałem, żeby książkę można było potraktować jak przewodnik po Polsce: jesteś w Zakopanem, otwierasz książkę i znajdujesz moje subiektywne rekomendacje. Widziałbym ogromną stratę, gdyby ktoś w Zakopanem nie wstąpił do galerii Hasiora, albo we Wrocławiu — do Nowego Złotego, galerii w kiosku, która była dla mnie przełomowa.
Nowy Złoty — miejsce, które zmieniło życie
Maja Michalak: Możesz powiedzieć więcej o tym, co się tam stało?
Tomasz Szymański: To był jeszcze Nowy Złoty w poprzedniej lokacji — też kiosk, ale przeniesiony w krużganek, w podwórko otoczone blokami. Miejsce dosyć zapuszczone, shadey, a pośrodku podwórka obiekt niesamowity, pomalowany na złoto — kubik, w którym organizowano wystawy. W trybie: artysta robi wystawę, poleca trzy osoby na następną, kuratorzy wybierają spośród nich — tworzy się specyficzny łańcuszek.
Trafiłem tam, będąc zupełnie poza światem sztuki, nie znając nikogo, czując głęboko wyobcowanie i hermetyczność języka. Magda poświęciła niemal godzinę na opowiadanie o wystawie, o miejscu, o jego idei. Lubię myśleć, że to jest to samo, co ja dziś robię — że niezależnie od tego, z jakim bagażem merytorycznym przychodzisz, możesz odpowiednio ukształtowanym językiem wejść w tę historię. I ta historia może zmienić ciebie i twoje życie.
Barbara Falender i odkrycie patosu
Maja Michalak: Jakie realizacje zmieniły to, kim dziś jesteś?
Tomasz Szymański: Jedną z nich jest Barbara Falender — artystka, która z podręczników wydawała mi się patetyczna: podniosła rzeźba w kamieniu, dotykająca wielkich tematów — śmierć, przemijanie, miłość, relacje rodzinne. To były rzeczy w formalnej strukturze bardzo tradycyjne. Często powroty do inspiracji — Alina Szapocznikow była dla Barbary istotna. To były historie skierowane do wewnątrz, że artyści odnoszą się do artystów.
Jestem z przyjacielem w Krakowie, trafiam na tyły Muzeum Wyspiańskiego i tam dwie rzeźby Barbary Falender w kamieniu. Jedna — sarkofag dla rodziców — brzmi górnolotnie, a miała formę huśtawki, hamaka, którego można dotknąć, rozbujać. Wielka bryła czarnego granitu, postacie jej nieżyjących rodziców leżących obok siebie, ale nie głowa do głowy, tylko w czułym, intymnym geście: głowa do stóp, naprzemiennie.
Dotknięcie tej rzeźby, spotkanie jej na żywo, coś we mnie uruchomiło. Wcześniej definiowałem siebie jako miłośnika sztuki z domieszką przewrotności, ironii, humoru. Wtedy dostrzegłem, że tego, czego teraz potrzebuję, to patos, powaga, poświęcenie uwagi najważniejszym tematom — bez mrugnięcia okiem. Traktowanie sztuki super na serio. Uświadomiło mi to, że nie mam już ochoty śmiać się ze sztuki — że ta z elementem humoru już trochę nie jest moja.
Seria art one shot — wizyty w pracowniach
Maja Michalak: Z tego względu już nie robisz prywatnych wizyt u artystów, przynajmniej nie relacjonujesz ich na Instagramie.
Tomasz Szymański: Ten Instagram, z którym zaczynaliśmy oboje, to był inny Instagram. Wtedy najfajniej było nagrać wizytę w pracowniach, gdzie pytasz artystów o „głupotki” związane z codziennością: co jedzą w pracowni, jaki jest najdziwniejszy komentarz na temat ich dzieł. Przełamanie tej powagi było esencją mojej relacji ze sztuką i tego, czego brakowało mi w internecie.
Maja Michalak: Artyści chętnie wchodzili w taki sposób narracji? Każdy się zgadzał?
Tomasz Szymański: Miałem mnóstwo odmów. To jest to, co artyści mają jako największy skarb — pewna aura, atmosfera, opowieść tworzona wokół obiektów. Seria art one shot — nagrywanych na jednym ujęciu humorystycznych wizyt — miała przełamywać wizerunek artysty-geniusza, niedostępnego i poważnego. Grzesiu, jeden z malarzy, zwierzył się, że jednym z walorów tworzenia sztuki jest to, że ma powodzenie u chłopaków. To było rozbrajające, a zaufanie, którym mnie te osoby obdarzały, jest nie do przecenienia.
Kolekcjonowanie i osobisty skansen
Maja Michalak: Czy jako twórca dostajesz wiadomości o tym, co kupić, gdzie kupić? Czy masz przekonanie, że dla osób spoza tego świata, jeśli robisz cokolwiek związanego ze sztuką, to znaczy, że jesteś jedną osobą od wszystkiego?
Tomasz Szymański: Trochę tak jest, ale kwestie sprzedażowe to obszar, od którego od razu się odcinałem. Ostatnie współczesne dzieło sztuki kupiłem chwilę przed założeniem Solo Show. To jest rewers obecnej sytuacji, kiedy mój dom jest zamieniony w gigantyczny skansen. Moja relacja ze sztuką ludową opiera się na tym, że chcę to mieć — wracam z każdego nagrania z mnóstwem rzeczy, z którymi nie wiem, co zrobić. Koszyk stworzony przez Władysława Murzyna służy właściwie tylko do noszenia święconki na Wielkanoc, a jednocześnie uwielbiam moment, kiedy budzę się rano i patrzę na niego, a tamto spotkanie mi się przypomina.
Maja Michalak: Tworzysz kolekcję bardzo swoją, która opowiada o tym, w jakim momencie życia jesteś.
Tomasz Szymański: Tak samo patrzę na tę książkę — jest kolekcją skarbów, które w 2025 roku totalnie mnie definiowały i były mną w pewnym sensie. Gdybym pisał ją za jakiś czas, lista byłaby zupełnie inna.
Jak powstała książka
Maja Michalak: Czy to ty miałeś potrzebę napisania książki, czy wydawnictwo zobaczyło potencjał przeniesienia instagramowych historii na papier?
Tomasz Szymański: W trakcie prowadzenia kanału co jakiś czas pojawiały się propozycje napisania książki. Sam wywodzę się z pisania — ambicje literackie były kiedyś moim celem życiowym, porzuciłem je dla sztuki. Odrzucałem różne propozycje, jedna była na zaawansowanym etapie, ale zorientowałem się, że nie jest moja. Uznałem, że książka nie powstanie w wersji, w jakiej bym chciał.
Wtedy odezwała się Olga, redaktorka, na fali rolki, którą nagrałem o wstydzie związanym z obcowaniem ze sztuką najnowszą. Zostawiła mi otwarte pole. Powiedziałem, że chciałbym napisać przewodnik — podróż po Polsce szlakiem ekscytujących mnie dzieł. Zgodziła się, a że przechodziła właśnie do wydawnictwa Znak, tam trafiłem. Na koniec zorientowałem się, że to jest dokładnie ta książka, z którą Olga do mnie przyszła: opowieść o bardzo osobistej relacji ze sztuką, o wstydzie związanym ze sztuką instytucjonalną i uciekaniu od niej w plener.
Sztuka w plenerze vs instytucje
Maja Michalak: Czy ludziom jest łatwiej wejść w kontakt ze sztuką, kiedy jest w przestrzeni publicznej? Czy jednak muzeum, gdzie wiemy, że to sztuka, przygotowuje nas na spotkanie?
Tomasz Szymański: Dla mojego rozwoju jako miłośnika sztuki instytucje mają niepodważalne znaczenie. Nowy Złoty, choć oddolny, jest instytucją. Kolejnym miejscem był MSN — Muzeum Sztuki Nowoczesnej jeszcze w Emilce — które rozbudziło moją fascynację. Ale instytucje są naznaczone koniecznością pewnego galeryjnego kroku, sformalizowanego sposobu mówienia o sztuce, które nam się udziela. Sam wchodząc do galerii, zaczynam inaczej mówić, chodzić, patrzeć.
Kiedy odkryłem park rzeźby na Bródnie, Centrum Rzeźby Polskiej w Orońsku — miejsca, gdzie sztuka się nam nie narzuca, nie jest na postumencie, tylko splata się z przyrodą i życiem codziennym. Park Bródnowski jest świetnie zaprojektowany, spędzamy tam z partnerką czas, najbardziej lubimy grać w badmintona — w towarzystwie rzeźb Magdaleny Abakanowicz. To spotkanie ze sztuką w przestrzeni publicznej było na swój sposób uwalniające.
Pasaż Róży w Łodzi przy Piotrkowskiej — alejka wyłożona kawałkami potłuczonych luster, mnóstwo światła w wąskiej przestrzeni. Praca atrakcyjna wizualnie, insta-friendly. Nie znałem wtedy historii o córce Joanny Rajkowskiej, która miała problemy z oczami i potrzebna była kosztowna operacja. Zbiórka artystów pozwoliła zebrać środki, a Pasaż Róży — instalacja z luster opowiadająca o patrzeniu — jest hołdem, wdzięcznością wobec tej trudnej opowieści. Nie znałem jej, obcując z pracą, ale ona mnie wciągnęła, a historia dopełniła się później.
Abakanowicz na żywo — poza podręcznikiem
Tomasz Szymański: Podobną opowieścią są rzeźby Abakanowicz — postacie kroczące w Krakowie. Czytasz w podręcznikach, że to o bezosobowości, braku tożsamości człowieka w tłumie, gdzie tracimy podmiotowość — te wydrążone skorupy bez głów. Ale spotykasz je na żywo i widzisz coś zupełnie innego: rzeźby pełne życia, gdzie struktury, które ręcznie każdą osobno tworzyła Abakanowicz, zaczynają dialogować z korą otaczających drzew. Masz z tyłu głowy opowieść o małej Magdalenie, która za dzieciaka wchodziła do środka wydrążonego drzewa. Widzisz coś, co nie jest podręcznikową wiedzą.
Bobry, natura i zmiana soczewki
Maja Michalak: Czy to nie jest związane z tym, że odpoczynku szukasz w naturze? Twoja fascynacja bobrami łączy mi się z tym, że sztuka, kiedy otacza ją przyroda i nie masz sztywnych ram, jest najbardziej uwalniająca. A skąd bobry?
Tomasz Szymański: Adam Robiński, mistrz tak zwanego bóbr watchingu — na jego książkę trafiłem przypadkiem. A potem najlepszy prezent urodzinowy, jaki dostałem, od mojej partnerki Joanny Dziel, która ma ogromny wkład w to, jak wygląda Solo Show: załatwiła bóbr watching, spacer z moim bobrowym idolem Adamem wzdłuż Wisły. To dokładnie tak jak z „Ukrytymi na widoku” — miejsca, którymi przechodzisz milion razy i nic nie zauważasz, a nagle Adam łapie cię za ramię, mówi „patrz”, dajesz lornetkę i w bezmiarze krzaków dostrzegasz dwa bawiące się bobry. Tak samo z ukrytymi na widoku: nie cieszą mnie realizacje poukrywane, dostępne bardzo daleko, tylko jak mozaiki Fangora na dworcu Warszawa Śródmieście, które przez lata mijałem nieświadomy. Wystarczy odrobinę zmienić soczewkę i otwiera się inny wszechświat.
Mozaiki Fangora — idea ukrytych na widoku
Maja Michalak: Czy inspiracją do książki były mozaiki Fangora?
Tomasz Szymański: Tak, one najlepiej chwytają ideę „ukrytych na widoku” — realizacja dostępna dla nas wszystkich, wybitna, przełomowa. Fangor przeskakiwał wtedy z odrobiny socrealizmu do swoich najbardziej znanych abstrakcyjnych prac op-artowych, tych okręgów, gdzie płynnie przechodzi kolor w kolor. Mozaiki na dworcu były tego efektem. Lata przechodziłem tam i nie zwracałem uwagi. Tym kluczem szukałem kolejnych realizacji — rzeczy łatwo dostępnych, ale które z różnych powodów weszły w niebezpieczną strefę przezroczystości przestrzeni publicznej.
Stutonowa rzeźba Frączkiewicza
Maja Michalak: Ale nie wszystkie są łatwo dostępne. Jedną z pierwszych opowieści jest stutonowa rzeźba Zbigniewa Frączkiewicza w Szklarskiej Porębie, która mnie zaczarowała. Jak ją odkryłeś?
Tomasz Szymański: To jedna z rzeźb, której z Warszawy w ogóle nie widać. Żaden kurator ani znajomy nigdy nie wspominał mi o Frączkiewiczu, a tym bardziej o rzeźbie stutonowej. To jedna z moich ulubionych pozycji w książce — artysta dziś pomijany przez historię sztuki, o wyjątkowym języku wizualnym. Spotyka w opuszczonym kamieniołomie stutonowy kawałek granitu i postanawia go nie zaatakować, nie wyrzeźbić czegoś, co podpowiada mu wizja, tylko celebrować sam materiał. Wymyśla, że postawi ten kamień na czterech nogach. Dla mnie to odwrócenie tradycyjnego języka artystycznego, gdzie twórca musi wbić dłuto i zmienić naturę. Łączy się to z moją sympatią do przyrody — rzeźba jest zanurzona w krajobrazie, trudna do odnalezienia, jest zachwytem nad samą naturą. Artysta znalazł kamień w takiej formie i pozostawił go, dodając jedynie cztery stopy.
Nowa ludowa — żywa sztuka ludowa
Maja Michalak: Chciałabym skupić się na twojej serii, która prężnie rozwija się na Instagramie — nowa ludowa. Co było zapalnikiem?
Tomasz Szymański: Wszystkie te rzeczy wynikają z siebie. Pisząc „Ukrytych na widoku”, odkrywałem nowe obszary — zaczął docierać do mnie Jerzy Nowosielski, jego sztuka tworzona w kościołach. Postacie jak Nowosielski, Hasior, Rząsa zaczęli mnie otwierać na sztukę bardziej ludową, spoza kręgu wykwintnej, wysokiej sztuki współczesnej.
Nie byłem świadomy, że sztuka ludowa dziś jest czymś żywym. Kiedy zaczynałem, myślałem, że to rzeczy ze skansenu, replikowane na potrzeby festynów. A jedziesz do Władysława Murzyna na Kurpiach i znajdujesz człowieka, który od dziecka poświęca każdą wolną chwilę na plecionarstwo. Chodzi do lasu, ma niesamowity radar, dzięki któremu wie, gdzie wbić łopatę, skąd wyciągnąć korzeń. Wykonuje plecionki z korzenia sosny, robi z niego setki, tysiące koszyków. Ideą serii „nowa ludowa” jest pokazać, że to nie skansen, nie coś martwego, tylko coś, co żyje.
Maja Michalak: Ale jak ty znajdujesz tych ludzi? Nie mają Instagrama, stron internetowych, nikt o nich nie mówi.
Tomasz Szymański: Często nie mają nawet swoich portretów w internecie. To sekwencja poleceń — jedni twórcy polecają drugich. Ale często to praca archeologiczna: w sieci, w publikacjach znajdujesz pojedyncze zdjęcia, wzmianki, szukasz kontaktu i jedziesz w ciemno. Napędza mnie ten element zaskoczenia — nigdy nie wiesz, co zastaniesz na miejscu.
Praca nad materiałem i kontakt na żywo
Maja Michalak: Wykonujemy podobny zawód — wiesz, że przekazanie treści w minutę jest szalenie wymagające. Jak prowadzisz nagrania, żeby otrzymać 60-sekundowy materiał z opowieści trwających godzinami?
Tomasz Szymański: Główna zmiana między seriami takimi jak art one shot a „nowa ludowa” jest taka, że tu to samograj. Nie musisz wysyłać pytań, ustalać kadrów, nic inscenizować — siłą serii jest naturalność tych osób. Zmieniłem podejście: kiedyś dużo się przygotowywałem, miałem listę pytań, a przy „nowej ludowej” stawiam na naturalną rozmowę, bo te opowieści mnie ciekawią. Wracamy z półtoragodzinnym materiałem. Najtrudniejsza jest selekcja — jeden materiał potrafi powstawać trzy dni lekką ręką.
Dawno nie czułem takiej satysfakcji, bo to powrót do najlepszej cechy internetu: osoby, które nie mają facebooków ani instagramów, a internet, teoretycznie nastawiony na młodych i dominujące opowieści, tak ciepło przyjmuje te pomijane narracje. Jesteśmy w świecie cyfrowym, ale dla mnie najważniejszy jest kontakt ze sztuką na żywo — to cel książki „Ukryci na widoku”: zachęcić nie do czytania, tylko do ruszenia się i spotkania z pracami na żywo.
Rekomendacje — parki rzeźby
Maja Michalak: Na koniec — podzieliłbyś się rekomendacjami, które przekonałyby osoby dopiero zaczynające, żeby wyjść ze swojej bańki?
Tomasz Szymański: Polecałbym zacząć od wszystkich wzmiankowanych w książce parków rzeźby. To miejsca, gdzie podejście do sztuki „na kolanach”, z odgórnie narzuconym szacunkiem, umiera. Mówiliśmy o parku rzeźby na Bródnie, o Orońsku, ale jest też fenomenalny Poznań — Visual Park. To miejsce, do którego oprócz ciekawości sztuki polecam wziąć paletki do badmintona, strój do pływania, piłkę do siatkówki — to obszar wakacyjny, rekreacyjny pod Poznaniem, gdzie dzieła są przy plaży, w środku pobliskiego lasu, przeplatają się z życiem codziennym. Dla mnie to esencja „ukrytych na widoku”: sztuka staje się częścią naszej codzienności, nie jest czymś wyjątkowym, tylko czymś, co nas ubogaca — na naszych zasadach.
Maja Michalak: Bardzo dziękuję za tę rekomendację i za rozmowę. Życzę ci przestrzeni w głowie na wymyślanie kolejnych wspaniałych serii, które będą bardzo twoje.
Tomasz Szymański: Bardzo dziękuję, do usłyszenia.
Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.