Skorzystaj z promocji na nasze kursy i webinary!

Podcast Sztuka Poza Ramami

Jak buduje się największą na świecie aplikację o sztuce?

Gościni:

Zuzanna Stańska

Prowadząca:

Maja Michalak

sezon VII | odcinek 2

Opis odcinka

W tym odcinku moją gościnią jest Zuzanna Stańska – historyczka sztuki, przedsiębiorczyni i założycielka aplikacji DailyArt, z której każdego miesiąca korzystają setki tysięcy osób na całym świecie. Rozmawiamy o tym, jak zrodził się pomysł stworzenia globalnej aplikacji o sztuce, jak wyglądała droga od pierwszych staży w muzeach do prowadzenia międzynarodowego projektu oraz dlaczego historia sztuki i nowe technologie wcale się nie wykluczają. Zuzanna opowiada o budowaniu zespołu pracującego w kilkudziesięciu językach, współpracy z największymi muzeami świata, wyzwaniach związanych z prowadzeniem cyfrowego produktu i o tym, czego przez lata nauczyła ją praca z użytkownikami z różnych kultur.

Transkrypcja
odcinka

Maja Michalak: Cześć, Zuza.

Zuzanna Stańska: Hej, jak się masz?

Maja Michalak: Bardzo dobrze, dziękuję. Powiem ci, że przygotowując się do tego podcastu i zbierając dane, byłam pod gigantycznym wrażeniem. Aplikacja jest obecnie tłumaczona na 24 języki i ma ponad 800 tysięcy użytkowników miesięcznie. Jak się robi takie rzeczy? Jak się robi tak wielką, globalną aplikację w Polsce?

Zuzanna Stańska: Powoli — tak ci powiem.

Maja Michalak: Mogę w to uwierzyć. Ale czy zaczynając, wiedziałaś, że to urośnie do takiej skali?

Zuzanna Stańska: W ogóle nie wiedziałam nic, jak zaczynałam.

Od stosunków międzynarodowych do historii sztuki

Maja Michalak: Zacznijmy od początku. Nie zaczęłaś od studiów z historii sztuki?

Zuzanna Stańska: Najpierw studiowałam stosunki międzynarodowe — od razu po szkole. Bardzo lubiłam te studia, choć, spoiler, nie skończyłam. Ale ich materia dalej jest mi bliska. W międzyczasie zaczęłam robić sobie historię sztuki na Uniwersytecie Warszawskim, czysto dla przyjemności. Bo ja wiem o tobie, że też miałaś świetnych nauczycieli historii sztuki w szkole — ja też. Myślę, że byłyśmy szczęściarami, że miałyśmy taką szansę. Pozdrawiam Przemka Głowackiego, który jeszcze naucza i robi wykłady w różnych miejscach.

Miałam takie podstawy z historii sztuki ze szkoły i wiedziałam, że to jest fajne i przyjemne. Nie chciałam z tym wiązać żadnej kariery, poszłam na te studia dla przyjemności, żeby po prostu je sobie zrobić, bo to jest fajne.

Staż w Rzymie i pierwsze zetknięcie z aplikacjami w muzeach

Maja Michalak: Ale bardzo szybko trafiłaś do świata technologicznych startupów.

Zuzanna Stańska: Super przypadkiem. Niechcący trafiłam do pracy w funduszu inwestycyjnym, który inwestował w startupy. To był taki moment w Warszawie, że nagle stało się to modne — pojawiły się programy dające małe pieniądze na start projektów technologicznych. Każdy miał być nowym Facebookiem. Był boom na mobile — w marketingu mówi się „rok mobile’a”. Zaczęłam tam pracować trochę jako event manager, trochę social media. Miałam wtedy 23 lata. Poznałam ludzi, którzy robili te rzeczy fizycznie — programistów, designerów.

A ja sama byłam zajawiona tym tematem, bo krok wcześniej pojechałam na staż erasmusowy. Trafiłam do Musei Capitolini w Rzymie.

Maja Michalak: Czy możesz tu zdradzić pewną historię? Bo to moim zdaniem jest idealny przykład twojej determinacji — ile aplikacji wysłałaś, żeby cię przyjęli.

Zuzanna Stańska: O jezu, jakąś potworną ilość, myślę, że koło setki. Bo z takim stażowym Erasmusem było tak, że trzeba było napisać do instytucji, w której chce się robić staż. I oni mówili „robimy” lub „nie robimy”, albo w ogóle nic nie mówili — zazwyczaj nic nie mówili.

Pomyślałam sobie, że jak już mam robić taką rzecz, to żeby to było jakieś super muzeum. W mojej głowie super muzea w Europie to były wtedy Luwr i Prado. Poprzeczka wysoko. Myślałam sobie, że w Luwrze nikt nie mówi po francusku, to będzie hardcore, to się nie uda. Napisałam do Prado — cisza. Napisałam do Muzeów Watykańskich — cisza. Poszłam kluczem włoskim, napisałam wszędzie we Włoszech: Florencja, Rzym, wszędzie. W końcu odpisały mi trzy muzea.

W aplikacjach pisałam na przykład, że jestem zafascynowana rzeźbą włoskiego renesansu, że kocham parki i ogrody — takie rzeczy. W końcu napisałam też do Musei Capitolini i odpisali, że spoko. Pojechałam tam na staż. I to się udało tylko dlatego, że moim szefem był niemiecki archeolog, który potrzebował stażysty do kopiowania danych z plików do bazy danych — na tej podstawie budowano aplikację przewodnikową po Musei Capitolini. Włoscy stażyści nie byli w stanie tego ogarnąć, a ja bez znajomości języka po prostu kopiowałam dane. Miałam szczęście, że szef był Niemcem, bo włoskiego w ogóle nie znałam.

Tam się zajarałam tym, co telefony i aplikacje mogą robić w muzeach — że to jest ciekawsze narzędzie niż zwykłe audioprzewodniki, że można te treści fajnie obudować.

Pierwsze zlecenie muzealne i narodziny DailyArt

Maja Michalak: A czy najpierw myślałaś o aplikacjach mobilnych dla muzeów, czy o DailyArt?

Zuzanna Stańska: Najpierw o aplikacjach dla muzeów — to była moja pierwsza rzecz. W którymś momencie zrezygnowałam z pracy w funduszu i postanowiłam się temu poświęcić. Napisałam nawet o tych aplikacjach muzealnych licencjat z historii sztuki. Pisałam też o tym bloga, żeby się zmotywować.

Stwierdziłam: skoro widzę, co się robi na świecie, to trzeba zacząć chodzić po Warszawie i oferować instytucjom takie aplikacje. Pierwsze zgodziło się Muzeum Historii Żydów Polskich — wtedy jeszcze nie było POLIN, nie mieli nawet zbudowanej siedziby. Potrzebowali projektu, który by nagłośnił, że istnieją i robią rzeczy mimo braku budynku. Zrobiłam im przewodnik po mieście śladami Korczaka, bo był rok Korczaka i były na to pieniądze. To było moje pierwsze zlecenie muzealne.

Z części tych pieniędzy zrobiłam DailyArt — parę miesięcy później, bo znudziło mi się na wakacjach.

Maja Michalak: Zaczynając DailyArt, co było pierwszym celem?

Zuzanna Stańska: Trudne pytanie, bo ja nie miałam żadnych celów. Myślałam, że nic z tego nie będzie, że nikt nigdy nie będzie chciał tego kupować. Zaczynałam z pesymizmem. To było bardzo tanie w stworzeniu — pierwsza wersja była tak zwanym MVP (minimum viable product), czyli super podstawą.

Maja Michalak: Ale czy miałaś inwestorów, kapitał zewnętrzny?

Zuzanna Stańska: Nie miałam. Miałam te pieniądze z Muzeum Historii Żydów Polskich i trochę z tego programu na start. Aplikacja była tania w produkcji i, co najważniejsze, w utrzymaniu — bo teksty pisałam sama, codziennie, za darmo. A rzeczy związane z software’em to były wtedy grosze. Do dziś staram się, żeby to było jak najtańsze — mam dobre wyczucie, ile rzeczy powinno kosztować i na co wydawać pieniądze.

Media, crowdfunding i budowanie skali

Zuzanna Stańska: Trwało to na bardzo minimalnym poziomie, ktoś to ściągał, a ja uruchomiłam swoje drugie skille — zaczęłam pisać do mediów informacje prasowe. Wiedziałam, które blogi i media technologiczne są ważne, bo miałam doświadczenie z funduszu. Te miejsca zaczęły pisać o DailyArt, bo to była ciekawostka — wszyscy chcieli być drugim Facebookiem, a nikt nie zajmował się kulturą ani historią sztuki. Zaczęły się ściągnięcia, pojawili się użytkownicy.

Aplikacja była darmowa, bez reklam. Stwierdziłam, że skoro to działa, trzeba zrobić bardziej rozbudowaną wersję. Odpaliłam pierwszy crowdfunding — jakieś 3000 dolarów, jakieś półtora roku po starcie. Zebrałam te pieniądze i zbudowałam nowszą wersję. Dostałam też grant od Microsoftu na zbudowanie aplikacji na Windows Phone — ich system operacyjny, który już nie istnieje.

Maja Michalak: A kto to robił technologicznie? Ty?

Zuzanna Stańska: W życiu nie ja. Zawsze zatrudniam programistów. Teraz mam ekipę, która jest ze mną od jakichś dziesięciu lat.

Zespół, tłumacze i skala działania

Maja Michalak: Jak duża to jest ekipa?

Zuzanna Stańska: Jeśli chodzi o osoby techniczne — mam androidowca, jednego od iOS, backendowca, czasem kogoś do pomocy. Do tego designerów, jeden do trzech w zależności od potrzeb. Wszyscy są na kontraktach, bo gdybym zatrudniała ich na co dzień, zbankrutowałabym.

Maja Michalak: A ile osób pracuje nad samym DailyArt?

Zuzanna Stańska: Na co dzień około 7 osób zatrudnionych na stałe. Do tego team techniczny, jakieś 10 osób w zależności od potrzeb. Mamy jeszcze tłumaczy — jest ich koło setki, może 100–120. Nie zajmuję się tłumaczeniami, bo po prostu nie mam na to czasu.

Maja Michalak: To dla mnie czarna magia, jak to skoordynować.

Zuzanna Stańska: Trzeba by zaprosić Konrada, który się tym u nas zajmuje — on jest w tym macherem. Mamy tłumaczy i proofreaderów, między 100 a 120 osób. Mamy też całą ekipę związaną z magazynem — autorów, pisarzy, korektorów, koło 25 osób.

Maja Michalak: Jak się czujesz jako prezeska takiego zespołu?

Zuzanna Stańska: Ja mam jednoosobową działalność gospodarczą. Ale mam naprawdę tak, że osoby zajmujące się swoimi gałęziami świetnie to ogarniają. Absolutnie im ufam, robią świetną robotę, są odpowiedzialni.

Codzienne pisanie tekstów — serce DailyArt

Maja Michalak: Zaskoczyło mnie, że ty nadal bardzo dużo tekstów piszesz sama.

Zuzanna Stańska: Sama je piszę, tak. Mamy też współpracę z muzeami, które dają nam teksty różnej jakości. Ale to lubię najbardziej.

Maja Michalak: Rozumiem, ale kiedy przychodzi codzienność, dużo ważnych rzeczy, a do tego pisanie, na którym trzeba się skupić — to musi być praca głęboka.

Zuzanna Stańska: Chyba faktycznie dosyć szybko pracuję. Mam takiego skilla, że dopadam te teksty, wyciągam najważniejsze, szybko widzę, gdzie jest mowa-trawa, i potrafię to sklecić w miarę szybko. Ale w życiu bym tego nie oddała. Nie wyobrażam sobie, że ktoś inny to pisze, bo to daje mi najwięcej radości. To jest core DailyArt.

Różnice kulturowe — jeden tekst dla całego świata

Maja Michalak: Myślę, że masz też wyczucie, z czego ludzie się cieszą, co im się spodoba. Masz fantastyczną grupę badawczą, nieporównywalną z żadnym innym podmiotem.

Zuzanna Stańska: To prawda, ale to jest trudne, bo wraz z kolejnymi językami wchodziły kolejne narody i kraje — a to są kulturowo zupełnie inne kosmosy.

Maja Michalak: Opowiedz o tym, bo to nie jest tylko tłumaczenie tekstu — to wzięcie pod uwagę wszystkich różnic kulturowych.

Zuzanna Stańska: Tak. Kiedy piszę o Mehofferze, Polacy coś kojarzą, nie muszę tłumaczyć, co to jest Młoda Polska. Ale mamy Chińczyka, który przeczyta ten sam tekst — bo my mamy te same teksty dla wszystkich, nie ma osobnego tekstu dla Chińczyka czy Egipcjanina. Muszę więc napisać tekst tak, żeby był ciekawy i zrozumiały dla wszystkich, żeby wyjaśniał pojęcia albo w ogóle ich nie używał, bo nie ma sensu, żeby Egipcjanin wiedział, co to Młoda Polska.

Co do obserwacji — inaczej robimy DailyArt po 14 latach. Mogłabym codziennie wrzucać van Gogha albo Moneta, ale to jest nudne. Sama tych obrazów nie wybieram. Mam Justynę, która pracuje u nas ponad 10 lat i grzebie w cyfrowych repozytoriach na całym świecie. Mówi mi: „Zuza, znalazłam koreańską sztukę”, a ja nic nie wiem o sztuce koreańskiej, bo nikt mnie tego nie uczył. Albo znajduje amerykańską artystkę z połowy XIX wieku, sztukę arabską, mogolską — rzeczy, o których nigdy nie byłam uczona. I my to wrzucamy do apki.

Są rzeczy, które zawsze zagrają — koniec XIX wieku w Europie, impresjonizm. Są odpryski impresjonizmu: Duńczycy, Polacy. Kiedy wrzucamy sztukę znaną gdzieś lokalnie — jak Sorolla w Hiszpanii — ludzie myślą „o, super, coś mi to gra”, bo wygląda trochę jak francuski impresjonizm, ale jest inne. To zawsze wchodzi, bo znają jakiś refren. A rzeczy, które nigdy nie schodzą, to na przykład późne średniowiecze — bywa fascynujące, ale trudno się w nim zakochać. Zawsze fajnie wchodzą śmieszne rzeczy, jak wesoła mozaika z kościotrupami ze starożytnego Rzymu. Abstrakcję ciśniemy, jak tylko się da, bo ludzie bardzo nie lubią sztuki współczesnej.

Domena publiczna i współpraca z muzeami

Maja Michalak: A jak to jest z prawami do wykorzystywania?

Zuzanna Stańska: Używamy praktycznie tylko domeny publicznej. Chyba że mamy z kimś współpracę — nawet z żyjącym artystą, co się już zdarza — albo jakaś instytucja, muzeum czy fundacja ma prawa autorskie i daje nam pozwolenie. Wtedy wrzucamy coś spoza domeny publicznej.

Maja Michalak: Współpracujecie z bardzo dużą liczbą muzeów, i to największych instytucji. Czasem jest miesiąc poświęcony sztuce z jednej kolekcji, jak Kunsthistorisches Museum. Ale czy muzea myślą o promocji swoich wystaw przez waszą aplikację?

Zuzanna Stańska: To jest duży problem, bo muzea mało myślą. To jest bardzo indywidualne — związane z konkretną osobą pracującą w instytucji, nie z instytucją. Aplikacja jest tworem, który nie jest dobrze rozumiany przez działy marketingu. My wyrzucamy statystyki — oni wiedzą, ile osób kliknie w ich link, ile zobaczy, ile polajkuje — ale jakoś nie wiedzą, co z tą wiedzą zrobić.

Dużo ważniejsza dla tych instytucji jest obecność w DailyArt Magazine — naszym nowym magazynie online. To myślę, że im się mentalnie zbiera, jak feature w „New York Timesie”. Ale jeśli chodzi o apkę, jest trudno. My w apce robimy to za darmo — piszemy: „macie wystawę, możemy ją wrzucić, damy info, że trwa od–do”. Czasem się udaje, ale bardzo często jest po drugiej stronie jakiś blank, instytucjom nie zależy, żeby się u nas pokazać.

DailyArt Magazine — druga noga biznesu

Maja Michalak: Wspomniałaś o magazynie. Dlaczego taka dywersyfikacja? To uzupełnienie czy osobna noga?

Zuzanna Stańska: To ekosystem, rzeczy się łączą. Magazyn jest super widoczny w wyszukiwarkach — bardzo dbamy, żeby był dobrze wycelowany, żeby się ładnie wyszukiwał. Jest tylko po angielsku, ale ma o wiele większe możliwości niż DailyArt: długie artykuły, recenzje, sztukę współczesną, recenzje filmów, dużo rzeczy związanych z popkulturą. Inna formuła.

Aplikacja jest specjalnie wymyślona tak, że masz swoje 3 minuty w ciągu dnia — wchodzisz, nie chcesz więcej, wychodzisz, masz zamkniętą sytuację. Ale w apce linkujemy do artykułów z magazynu, żeby ktoś, kto chce dowiedzieć się więcej albo poczytać o kontekście, mógł tam zajrzeć po dłuższą formę.

Model subskrypcyjny i zarabianie

Maja Michalak: Na czym teraz zarabia aplikacja i magazyn?

Zuzanna Stańska: Mamy subskrypcję — od jakichś półtora roku. Na początku myślałam, że ludzie nie będą płacić za historię sztuki — to taki mój polski mindset. Potem wprowadziłam model jednorazowy: użytkownicy płacili raz za dostęp lifetime, najpierw dolara, potem 5, skończyłam na 8. Przyszedł moment, że subskrypcje stały się popularne — weszły streaming i inne apki subskrypcyjne, to weszło w uzus. Przed obecną wersją zrobiłam duże badania UX-owo-socjologiczne, żeby dowiedzieć się, kim są nasi użytkownicy — bo z danych produktów cyfrowych tego nie widać. Możesz zobaczyć, skąd są, w jakim języku czytają, na jakim urządzeniu, ale nie dowiesz się, jaka to płeć, ile mają lat. Unia Europejska słusznie dba o prywatność.

Maja Michalak: Na czym stanęło z ceną?

Zuzanna Stańska: Miesięczna cena to 5 dolarów, roczna 19,99. Oprócz tego mam reklamy w apce.

Maja Michalak: Jaki procent użytkowników subskrybuje?

Zuzanna Stańska: Bardzo niewielki, jakieś 1–2 procent. To mało, ale mamy dużą skalę. Bo te 800 tysięcy to aktywni użytkownicy w miesiącu, nie liczba pobrań. Subskrypcje się stakują z miesiąca na miesiąc, z roku na rok. Zarabiamy też na reklamach — apka jest zaprojektowana tak, że ludzie, którzy nie chcą lub nie mogą zapłacić, też mogą korzystać, a my serwujemy im reklamy. To beznadziejny model, bo na reklamach zarabia się teraz bardzo mało.

Maja Michalak: A jak było w covidzie?

Zuzanna Stańska: W covidzie cały świat marketingowy przeniósł się do internetu, bo ludzie nie korzystali ze świata zewnętrznego. Zarobiliśmy wtedy na reklamach jakieś 3–4 razy więcej niż teraz. Teraz budżety są mniejsze, targetowanie gorsze przez obostrzenia prywatności.

Mamy też sklepik — sprzedajemy kalendarze, notesy, skarpetki, pocztówki, a także kursy online, ale pisane, nie takie fajne jak twoje. Nie mam siły siedzieć przed kamerą.

Wysyłka na cały świat i cła

Maja Michalak: Jak wygląda dystrybucja sklepu z fizycznymi produktami na cały świat?

Zuzanna Stańska: Mogę o tym opowiadać godzinami, bo sama się tym zajmuję — jestem specjalistką od kurierki. Przez pierwsze 2–3 lata robiłam to sama, z domu. Potem oddałam to znajomym, którzy mieli swój sklep internetowy i robili mi fulfillment. Teraz jestem w dużym magazynie, który obsługuje 50 firm — to był jedyny fulfillment, który zgodził się wysyłać za granicę. Nie mamy super wielkich wolumenów, więc nie jesteśmy atrakcyjni dla takich magazynów, musiałam się naszukać.

Kłopotliwe są zagraniczne wysyłki — i różne śmieszne rzeczy, jak prezydent Stanów Zjednoczonych, który nagle wprowadza cła na Europę, a kurierka za tym nie nadąża i użytkownicy się wściekają, że muszą płacić cła. Nie ukrywam nigdzie informacji, że cła wchodzą na klienta — piszę o tym wszędzie. Czasem muszę się kontaktować z FedExem, podawać kody HS produktów.

Amerykanie, Chińczycy i globalny zasięg

Maja Michalak: Której narodowości użytkowników DailyArt ma najwięcej?

Zuzanna Stańska: Amerykanów, a potem od cholery Chińczyków — i to jest przedziwne. Globalnie, na obu systemach: na Androidzie nie mamy Chińczyków, bo zachodnie usługi, całe Google, są w Chinach zablokowane. Żeby ściągnąć apkę ze sklepu Google Play, Chińczycy muszą używać VPN-a i robić fikołki. Więc mamy trochę super zmotywowanych Chińczyków na Androidzie, ale cały chiński ruch mamy na iOS — i to jest nasz drugi kraj.

Maja Michalak: Masz jakąś tezę, dlaczego akurat Chińczycy?

Zuzanna Stańska: Nie byłam w Chinach, nie wiem. Myślę, że to kulturowe — że bardzo łakną zachodniej kultury.

Maja Michalak: A czy chcesz rozwijać się na tamten rynek?

Zuzanna Stańska: To też jest koszmar, bo Chiny bardzo nie chcą zachodnich podmiotów — wymuszają spółki z Chińczykami, którzy mają większość udziałów, trzeba zdobywać specjalne licencje. Mam firmę, która nam to facylituje. Jakieś półtora roku temu padł blady strach: bez takiej licencji Apple wyrzuciłoby aplikację z chińskiego App Store. Stanęłam na rzęsach, żeby zdobyć licencję — udało się. Teraz przygotowujemy lustrzaną infrastrukturę: osobną „światową” i osobną chińską, które będą się komunikować, bo chińscy użytkownicy nie mogą być na europejskich serwerach. W Chinach apka działa albo bardzo wolno, albo trzeba VPN-a przez tamtejsze firewalle.

Maja Michalak: A Wschód — jest zainteresowanie sztuką w waszej formie?

Zuzanna Stańska: Turcja zawsze wychodzi u nas wysoko, w top 5–7. Mam apkę po arabsku, mam też w farsi — w Iranie ciężko, ale mamy tam użytkowników. Mamy też aplikację po rosyjsku, która jest od jakiegoś czasu zablokowana przez rosyjski rząd. Piszą do mnie biedni Rosjanie, że apka nie działa, a ja odpowiadam: jesteśmy zablokowani przez wasz rząd, skontaktuj się z lokalnymi władzami.

Muzea, teksty muzealne i „bełkot”

Maja Michalak: Przechodząc do milszych rzeczy — czy jesteś jeszcze w stanie odpoczywać, znajdować spokój w muzeach? Nie jesteś przesycona?

Zuzanna Stańska: Ostatnio byłam na bardzo wylansowanej wystawie w Warszawie — nie powiem jakiej, bo wszyscy się zorientują. Ładnie zaaranżowana, wszystko super, ale ja jestem bardzo wyczulona na teksty muzealne. I to był taki napompowany bełkot przy obiektach — a obiekty obok były ładne, ale były tylko obiektami, nie analizą. Spędziłam tam jakieś 3 minuty, więcej czasu w łazience, bo mnie to zdenerwowało. To napompowanie, robienie z tego ekskluzywnej rzeczy — nie lubię tego.

Ale same muzea bardzo lubię. Zwiedzam je szybko, wiem, czego szukam, inaczej niż jak miałam 18 lat i spędzałam 8 godzin w Gemäldegalerie w Berlinie. Muzea mnie relaksują — wybieram dni w tygodniu, nie chodzę na Noc Muzeów.

Maja Michalak: Gdybyś została zapytana, miałabyś dużo do powiedzenia, co poprawić w muzeach.

Zuzanna Stańska: DailyArt powstał trochę na odbiciu tego, jak działały muzea 14–15 lat temu. Pamiętam muzea, gdzie łaziło się w filcowych kapciach, żeby froterować podłogi. Żyłam w momencie tranzycji między bardzo tradycyjnym muzeum, które zajmuje się tylko zbiorami, a takim, które są teraz — skupionym na edukacji, z milionem programów dla dzieci, dorosłych, seniorów.

To, co muzea mogłyby poprawić, to opowiadanie o swoich zbiorach w sposób przystępny i ciekawy. Bo dalej można wejść na wystawę czasową i nie przeczytać nic — dla mnie to horror. Masz 100 zajebiście fajnych obrazów i nie wiesz, na co patrzysz. Ja tyle lat w tym siedzę i czasem nie wykminię kontekstu, dlaczego coś jest na tej wystawie — a czasem tego kontekstu po prostu nie ma. To skandal, że muzea potrafią organizować wystawy bez opisów. Argument „weź sobie audioguide’a” to jeszcze większy skandal. Nie musi być na ścianie, może być na kartce, ale coś być musi. I chodzi też o jakość tekstów, żeby były przystępne — bo często to nie tylko forma bełkotu, ale i brak sensu, który nic nie wnosi do wystawy ani do mojej wiedzy.

Dobre przykłady — National Gallery, Met, Musée d’Orsay

Maja Michalak: Jakie wystawy albo instytucje robią to dobrze?

Zuzanna Stańska: W Polsce średnio, niestety. Za granicą — National Gallery. Metropolitan i Musée d’Orsay są zawsze fajne. Met ma świetne teksty do obiektów, których nawet nie pokazują.

Maja Michalak: W Polsce mogę ci zarekomendować świeżą wystawę w Fundacji Stefana Gierowskiego. To sztuka abstrakcyjna, w którą ludziom z zewnątrz często trudno wejść, ale ta wystawa jest przygotowana tak, że są opisy artystów — mnóstwo międzynarodowych, afroamerykańskich twórców z różnych krajów. Wchodzisz i wszystko wiesz. Dodatkowo jest osobno zaaranżowana przestrzeń z albumami o sztuce, gdzie możesz usiąść i poczytać. Prace są zachwycające, połowy nie znałam, a sam Gierowski wygląda przy nich świeżo. Merytorycznie zrobione dobrze.

Zuzanna Stańska: Na pewno tam dojdę. A wracając — Met i Musée d’Orsay to można dobrze zrobić.

Maja Michalak: Opowiadam o tym w podcaście pewnie już 500. raz, ale podkreślę po raz pięćdziesiąty: National Gallery w Londynie ma na stronie dwa różne rodzaje tekstów. Jeden krótki, podstawowy, drugi rozszerzony, z bardziej zaawansowaną nomenklaturą. I to jest genialne — dostajesz to, czego potrzebujesz.

Zuzanna Stańska: To super. Osoby kuratorskie i historycy sztuki mogą spełnić swoje ambicje i pokazać wiedzę, a jednocześnie ktoś, kto po prostu chce się czegoś dowiedzieć, też od razu to dostaje. Zaopiekowanie się tymi ambicjami jest ważne.

Marzenie: święty spokój

Maja Michalak: Zuzanno, czego mogę ci życzyć?

Zuzanna Stańska: Ja naprawdę kocham święty spokój — kocham, jak się nic nie dzieje, jak po prostu robimy swoją pracę, bez hardcoru, spiny i deadline’ów. Nie lubię deadline’ów. Więc możesz mi tego życzyć, bo to dla mnie najlepsze życzenia — żeby to tak trwało.

Maja Michalak: Bardzo ci tego życzę. I jak kiedyś mówiłaś, że nie zawsze pracujesz szybko, ale zawsze skutecznie — to jest szalenie mądre. Bardzo ci dziękuję za rozmowę.

Zuzanna Stańska: Dziękuję, do usłyszenia.


Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.

Maja Michalak — historyczka sztuki, założycielka Poza Ramami

Prowadząca podcast

Maja Michalak

Historyczka sztuki, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i założycielka Poza Ramami. Opowiada o sztuce tak, żeby chciało się słuchać - bez akademickiego zadęcia, za to z pasją i ciekawostkami. Współpracuje z największymi polskimi i europejskimi instytucjami kultury. Jest autorką bestsellerowego albumu "Poza Ramami. O malarstwie". Prowadzi kursy, webinary i podcast „Sztuka Poza Ramami", w którym rozmawia z najważniejszymi postaciami świata sztuki.

Poznaj mnie bliżej →