Skorzystaj z promocji na nasze kursy i webinary!

Podcast Sztuka Poza Ramami

O sztuce kobiet i jej przywracaniu

Gościni:

dr Marika Kuźmicz

Prowadząca:

Maja Michalak

sezon VI | odcinek 4

Opis odcinka

Gościnią tego odcinka jest Marika Kuźmicz. Historyczka sztuki, kuratorka, badaczka i wykładowczyni. Założycielka Fundacji Arton, która zajmuje się opracowywaniem prywatnych archiwów artystek i artystów i popularyzacją ich sztuki. Rozmawiamy o zapominaniu i przywracaniu pamięci o artystkach i artystach. Opiece nad archiwami, procesem ich porządkowania oraz wartości, które płyną z obcowania nie tylko z twórczością, ale także innymi materiałami pozostawianymi przez artystów. Marika dzieli się swoim długoletnim doświadczeniem badania kobiet-artystek, które w wyniku różnych okoliczności nie znalazły się w tzw. kanonie sztuki.

Transkrypcja
odcinka

Maja Michalak: O zapominaniu i przywracaniu pamięci o artystkach i artystach, o tym, co kryje się w archiwach, jakie informacje możemy z nich wyczytać i jak badać zapomnianą twórczość kobiet. Gościnią tego odcinka jest doktor Marika Kuźmicz — historyczka sztuki, kuratorka, badaczka i wykładowczyni, dziekan Wydziału Badań Artystycznych i Studiów Kuratorskich ASP w Warszawie, założycielka Fundacji Arton oraz Fundacji imienia Edwarda Hartwiga. Od 2020 roku jest także główną kuratorką badań dla Instytutu Susch, założonego przez Grażynę Kulczyk, który zajmuje się opracowaniem twórczości artystek z Europy Środkowo-Wschodniej. Dzień dobry.

Marika Kuźmicz: Dzień dobry.

Maja Michalak: Bardzo dziękuję, że przyjęłaś zaproszenie, ponieważ dochodzą do mnie często informacje o potrzebie większego i bardziej uważnego mówienia o kobietach artystkach. A ja uważam, że jesteś jedną z najlepszych specjalistek w naszym kraju od tego tematu, głównie ze względu na działania Fundacji Arton, którą prowadzisz już od 2010 roku. Jak w tym czasie rozwinęła się Fundacja i jakie były twoje pierwsze plany na jej działalność, a jak finalnie okazało się, że ona funkcjonuje?

Jak powstała Fundacja Arton

Marika Kuźmicz: Bardzo dziękuję za zaproszenie. Cieszę się, że dochodzą do ciebie głosy, że jest potrzeba mówienia na ten temat — myślę, że rzeczywiście jest. Arton został założony w 2010 roku. Przez pierwsze lata rzeczywiście byliśmy skupieni na opracowywaniu archiwów artystek i artystów, ale jednak na początku głównie artystów. Potem, po sześciu latach, kiedy wywalczyliśmy pierwszy nasz duży grant unijny w ramach programu Kreatywna Europa — lubię o tym mówić, dlatego że to był projekt, który przyniósł mi różne międzynarodowe przyjaźnie, takie na całe życie — poznałam wtedy bardzo wiele osób, badaczek głównie, z którymi jestem do tej pory w kontakcie. To jest mało powiedziane, po prostu jesteśmy w takiej wymianie przez cały czas, bo te badania — odkrywanie czy przypominanie kobiet — to nie jest oczywiście tylko polska historia.

I wtedy stworzyłam bazę Forgotten Heritage. Pierwszy grant w ramach Kreatywnej Europy dotyczył różnych archiwów, i męskich, i kobiecych. Po pierwszym grancie, który trwał prawie cztery lata, zobaczyłam, że w zasadzie mamy — bo to były archiwa z Polski, Belgii, Chorwacji i Estonii — niepokojąco dużo tych męskich archiwów, więcej. Zrobiliśmy sobie taką wewnętrzną ewaluację: z czego to wynika? Pierwsze odpowiedzi, właśnie z Estonii i z Chorwacji, były takie, że oni chyba nie mają więcej kobiet. I ja poprosiłam wtedy, żeby dziewczyny zaczęły szukać, na razie na brudno, przygotowując się do kolejnego grantu. Okazało się, że kolejny mógł być wyłącznie o kobietach. I wtedy, kiedy okazało się, jak bardzo dużo tego materiału jest, często niezwykle wartościowego, bardzo ciekawego, jak to są często niezwykłe historie, również ich biografie — zdecydowałam, że pracy jest tak dużo z tym kobiecym materiałem, że trzeba się skupić wyłącznie na tym. Więc to już będzie prawie dziesięć lat, kiedy koncentrujemy się właściwie na archiwach kobiecych.

Jak pracuje się nad archiwum

Maja Michalak: W jaki sposób znajduje się takie archiwa i w jaki sposób się na nich pracuje?

Marika Kuźmicz: To jest bardzo różnie. Może łatwiej odpowiedzieć, w jaki sposób się na nich pracuje, chociaż to też jest różne, zależne od tego, jaki to jest materiał, jaka to była historia, jakie to było życie, jak długa biografia. My w pierwszej kolejności zawsze staramy się najpierw spisać to, co jest — to jest inwentaryzacja. Rozpoznać ten materiał, podzielić go na jakieś grupy, ułożyć — ja lubię chronologicznie. W bardzo różnym stanie są te materiały. Zdarzały nam się takie historie ratowania czegoś z piwnicy, i to nieraz — czasem była to piwnica zalewana albo zawilgocona. Czasem są to materiały, którymi bardzo troskliwie opiekuje się rodzina, więc nie są w stanie alarmującym. Ale zawsze jest coś, co należy sprawdzić, zweryfikować. Nawet kiedy mamy listę wystaw — w tej chwili mam taką sytuację, że pracuję nad bardzo porządnie opracowanym archiwum przez męża artystki i mam listę wystaw, którą próbuję doprecyzować: napisać poprawnie tytuły wystaw, znaleźć miejsca, w których one były, bo czasem to jest tylko miasto albo kraj.

Potem próbujemy robić w miarę całościową digitalizację tych materiałów, udostępniamy materiały w bazie. Ja zazwyczaj staram się pokazać, właśnie w naszej przestrzeni na Foksal 11 w Fundacji Arton, trzy, cztery wystawy w roku. Nie jest ich dużo, dlatego że są poprzedzone researchem. To jest taki rodzaj komunikowania się z odbiorcami. Dla mnie te wystawy są ważne, ale to nie jest najważniejsza część naszej działalności. Ona jest o tyle istotna, że — jak mówimy ludziom, że robimy digitalizację i to trwa pięć lat i to będzie wszystko online — to jest ciekawe, ale może nie dla wszystkich. Natomiast wystawa jest takim momentem, kiedy można się skomunikować z odbiorcami, zaprosić osoby, które normalnie by tego materiału nie zobaczyły, zrobić jakiś rodzaj wymiany, burzę mózgów. Może przyjdzie ktoś, kto znał tę osobę, ja się czegoś dowiem, czego jeszcze nie wiem — bo tak jest bardzo często.

Natomiast to szukanie to są bardzo różne historie. Na początku było tak, że interesowały mnie głównie lata siedemdziesiąte. W tej chwili to się rozszerza w jedną i w drugą stronę — na lata sześćdziesiąte i osiemdziesiąte. Na początku rzeczywiście gruntownie przejrzałam różne wydawnictwa, które w latach siedemdziesiątych powstawały: jakieś katalogi, ulotki, maszynopisy nawet, wszystko, co było dostępne, co mi wpadło w ręce w różnych prywatnych pracowniach. Często były to męskie archiwa — artyści przechowywali swoje katalogi. I tam po prostu znajdowałam nazwiska kobiet, głównie nazwiska awangardzistek, tych artystek, które zajmowały się w jakiś sposób tak zwanymi nowymi mediami, bo to mnie wtedy interesowało. Teraz uważam, że jest to kategoria dość dyskryminująca, i od pewnego czasu zajmujemy się dużo również artystkami, które pracowały w tak zwanych materiałach tradycyjnych — malarkami albo tkaczkami wręcz. To jest ciekawe, porównywanie tego.

Najpierw miałam taką listę i szukałam, w bardzo różny sposób docierałam do tych archiwów albo do tych osób. Natomiast w tej chwili jest tak, że raczej te materiały do nas przychodzą — rodziny albo same artystki szukają możliwości i osób, które będą mogły pomóc w opracowaniu materiału albo powiedzą, co można byłoby z tym dalej robić, żeby jakoś się tym zaopiekować. Tak się dzieje z wystawą, która w tej chwili jest w Artonie — Liliany Mikołajewskiej-Jansen — bo zaczęło się to od tego, że zgłosiła się do nas przyjaciółka tej artystki, która była w kontakcie z jej rodziną, i tak ta współpraca się wydarzyła.

Historia Liliany Mikołajewskiej-Jansen

Maja Michalak: Dokładnie o to chciałam teraz zapytać, ponieważ przykład tej artystki może nam posłużyć jako jedna z historii, w jaki sposób pracuje się nad takim materiałem. Bo tutaj mówimy o artystce, która zmarła bardzo młodo, więc jeszcze nie miała tej kariery bardzo rozwiniętej. W jaki sposób zdecydowaliście się opracować ten materiał i stworzyć z niego wystawę?

Marika Kuźmicz: Zobaczyłam po prostu te prace. Ona w ogóle nie miała kariery — trudno nawet mówić, że rozwiniętej, bo właściwie dopiero skończyła studia i to był sam początek, to się naprawdę zaczynało. Na początku pamiętam dobrze, że pomyślałam sobie, jak dostałam tego maila w sprawie tego archiwum i możliwości zrobienia wystawy: no dobrze, ale co dwudziestosześcioletnia dziewczyna mogła zrobić? Być może to są jakieś ciekawe rzeczy, może nawet, ale ileż tego może być, i co to jest za historia? Ale postanowiłam jednak, bo jestem dociekliwa, chciałam zobaczyć to wszystko. I to się udało. Przekonała mnie do siebie Liliana swoimi pracami.

Bo to jest też takie pytanie — ja nie wydobywam prac artystek, które gdzieś tam sobie tworzyły w zaciszu domowym, na strychu, ale nigdy nie funkcjonowały w środowisku albo nie miały takiego pomysłu, żeby funkcjonować. Raczej nie forsuję tego w ten sposób. Natomiast widać było — i to droga krótka, ale bardzo intensywna — droga Liliany świadczyła o tym, że ona bardzo chciała. Ona była artystką, chciała mówić przez sztukę, opowiadać o swoim życiu, o swoich przeżyciach, chciała mówić o świecie do ludzi przez sztukę. Jeśli ktoś tak bardzo chciał mówić, a życie mu tę możliwość odebrało — bo po prostu zginęła w wypadku samochodowym — to należy jednak to podchwycić i pozwolić temu wybrzmieć. To było bardzo naturalne, a te prace, im dłużej z nimi byłam, tym bardziej widziałam w nich różne możliwości, ich potencjał.

Udało mi się namówić, mimo że deadline był bardzo krótki — bo Fundacja pracuje na grantach i mieliśmy taki mały grant tylko na wystawę. Później w tym roku dostaliśmy również grant na książkę, ale to było dość niespodziewane. Udało mi się namówić profesor Luizę Nader, dr Zofię Machnicką i dr Liesbeth Decan, która jest Belgijką — i to było ważne, dlatego że Liliana wyjechała jako dziewiętnastoletnia dziewczyna do Belgii, tam studiowała i tam też zginęła. Zależało nam na kimś, kto byłby w stanie zrobić research w Belgii i powiedzieć nam o kontekście belgijskiej sceny artystycznej w tamtym czasie, czyli pod koniec lat siedemdziesiątych, na początku osiemdziesiątych, kiedy Liliana tam była i pracowała. Liesbeth Decan jest moją, mogę powiedzieć, przyjaciółką, którą poznałam w ramach tego pierwszego działania w Kreatywnej Europie. I ona się zgodziła. Wszystkie zgodziły się napisać teksty, dlatego że przekonała je do siebie twórczość Liliany. Więc ta książka będzie pod koniec roku, bardzo się na to cieszymy.

To była zupełnie inna dynamika pracy z tego rodzaju archiwum. Inaczej jest, kiedy mamy dziewięćdziesięcioletnią panią, która zmarła, i widać przemiany, można próbować zrozumieć, co się działo — a inaczej w takiej sytuacji, kiedy mamy tego rodzaju historię.

Dlaczego „przypominanie”, a nie „odkrywanie”

Maja Michalak: Podałaś przykład bardzo trudny, moim zdaniem, do pracy nad nim i do przedstawienia. A czy jesteś w stanie przypomnieć sobie jakieś inne historie, które również były wymagające, być może z innego punktu widzenia? O ile nie każda jest wymagająca i trudna — domyślam się, że będąc tym pierwszym etapem właśnie… I chyba nie lubisz słowa „przywracanie”, „odkrywanie”, bo…

Marika Kuźmicz: Mogę, bo ono chyba nie jest zbyt dobre.

Maja Michalak: Właśnie, ale dlaczego?

Marika Kuźmicz: No bo ono jest takie konkwistadorskie. Jest takie: że ja teraz tutaj będę, mój mocny… po prostu moje mocne „ja” będzie odkrywać coś. Ja odkrywam dla siebie, tak, ja poznaję też przez te archiwa świat, różne życia, to jest bardzo ciekawe — ludzie mnie zapraszają do tych żyć, to jest duży przywilej, okazują mi swoje zaufanie. Więc tym bardziej nie mogę mówić, że ja odkrywam, bo to nie jest biała płaszczyzna, ta, w której jesteśmy. I to nie jest tak, że jak ja powiem „o, tutaj mamy artystkę X, ja wam mówię, ona jest teraz odkryta” — to ona będzie odkryta, a wcześniej nie była. One żyją, robią swoje, pracują często przez kilka, kilkanaście czy kilkadziesiąt lat, nie mają wystaw na przykład, a czasem mają, wychowują dzieci albo nie wychowują. I nie można — mam wrażenie, a nawet pewność — zachowywać się jak ktoś, kto właśnie tutaj przyszedł i odkrył. To jest po prostu aroganckie.

Mogę próbować mówić o przypominaniu. Mogę mówić o jakimś ponownym przypominaniu, o sprawdzaniu, jak te prace będą teraz rezonować z tym, co mamy do powiedzenia. Uwielbiam spotykać z tymi archiwami moje osoby studenckie, bo ludzie dwudziestoletni czy dwudziestoparoletni jeszcze inaczej widzą sprawy, i to jest bardzo ciekawe.

Ale odpowiadając na twoje pytanie — czy jestem w stanie przypomnieć sobie historię, która była równie ciężka albo wymagająca… Historia Liliany jest oczywiście tragiczna w pewnym sensie, ale nie chciałabym iść w martyrologię czy wiktymizację, bardzo tego próbuję unikać. Te historie są oczywiście często bardzo wrażliwe i bolesne. To niekoniecznie są opowieści o wiecznej szczęśliwości — ale z drugiej strony życie tak nie wygląda.

Archiwum Jadwigi Singer i inne historie

Marika Kuźmicz: Ja już kilkakrotnie mówiłam o takiej historii — archiwum Jadwigi Singer. My się niestety z Jadwigą nie poznałyśmy, bo ona też zmarła dość młodo, choć nie tak młodo jak Liliana Mikołajewska. To było archiwum, które wymyśliłam sobie, że muszę znaleźć — i nie mogłam go znaleźć. Jeździłam do Katowic, na zasadzie takiego spotykania się z jej przeszłością. Znalazłam to, co mogłam znaleźć, czyli jej pracę magisterską w archiwum ASP w Katowicach — świetną, bardzo ciekawą. Jej kolega z grupy, którą założyli, Grzegorz Zgraja, z którym rozmawiałam na temat Jadwigi, powiedział, że na pewno, biorąc pod uwagę jej złą kondycję psychofizyczną i życiową, to archiwum się nie zachowało.

Ale ja postanowiłam napisać o tym niezachowanym archiwum i wspomniałam o niej w jakimś swoim tekście. I tak trafiła na mnie jej rodzina, skontaktowała się ze mną po paru latach. Kiedy zadzwoniła do mnie siostra jej byłego męża, to następnego dnia byłam w Katowicach — i okazało się, że całe to archiwum oczywiście jest, że ona go nie wyrzuciła. Było w Katowicach, w ich domu rodzinnym, na strychu, i było bardzo dobrze przygotowane przez samą artystkę do tego, żeby się nim zająć. To było bardzo wzruszające i bardzo dla mnie ważne.

Ale było bardzo różnych historii, jest ich bardzo dużo — na szczęście często są to też spotkania z żyjącymi artystkami. Pamiętam, jak dotarłam do Jolanty Marcolli, która była bardzo zdziwiona tym, że ja chcę z nią rozmawiać na temat jej sztuki. To było dosyć zabawne, dlatego że ja wtedy szukałam takich artystek — i artystów wtedy jeszcze, bo to było dawno temu, 2010 rok, kiedy się poznałyśmy. Widziałam jej film na wystawie, bardzo krótki, zrobiony na szesnastce, a szukałam artystek, które zajmowały się fotografią konceptualną, tak wtedy to nazywałam — teraz pewnie inaczej bym o tym mówiła. Pomyślałam, że jeśli któraś z nich robiła filmy, to musiała robić też jakieś zdjęcia, bo kamera była trudniej dostępna niż aparat fotograficzny. Nikt mi jakoś nie mógł powiedzieć, szukałam, pytałam — osoby takie jak Józef Robakowski czy Paweł Kwiek, wtedy jeszcze żyjący. Bo to był podobny… czy Natalia LL. One mniej więcej w tym samym — nie mniej więcej, tylko w tym samym czasie były we Wrocławiu i działały jako artystki. Jolanta młodsza od Natalii ponad dziesięć, piętnaście lat, ale działały w tym samym czasie, bo w 1970 roku zostało założone Permafo, a grupa Jolanty Marcolli nazywała się Galeria Sztuki Aktualnej.

I nie mogłam jakoś na nią trafić. W końcu znalazłam w internecie — wtedy mi się wydawało, że trzeba szukać inaczej, ten Google research jest taki bez sensu. Znalazłam osobę o tym imieniu i nazwisku, która robiła ilustracje dla dzieci. Pamiętam, że zadzwoniłam i zapytałam, czy pani jest tą osobą, która w 1975 roku zrobiła film „Kiss”. Ona powiedziała, że tak. Zapytałam, czy ma jeszcze jakieś inne prace z tamtego czasu — „no mam” — i przyniosła na spotkanie takie cztery segregatory, zrobione chyba pod koniec lat osiemdziesiątych, podzielone na fotografię, malarstwo, film i wideo. W tych segregatorach miała kompletny przegląd swojej twórczości, na fotografiach pomniejszone reprodukcje. To było dość niebywałe. Była w ogóle — nie wiem, czy zdziwiona, że ktoś się tym interesuje. W tej chwili jej prace są w kolekcji Pompidou, pokazuje swoje prace w różnych miejscach. Zrobiłam jej kilka wystaw. Myślę, że tam jeszcze jest sporo fajnych rzeczy do wydobycia, do znalezienia.

Włączanie artystek do kolekcji muzealnych

Maja Michalak: Ja z mojej strony mogę podziękować bardzo za Urszulę Broll, której twórczością od kilku dobrych miesięcy jestem zafascynowana — i nie tylko jeśli chodzi o wystawę w galeriach, ale także fakt, że teraz jest pokazywana na wystawie stałej w Muzeum Sztuki w Łodzi. Jak tylko zobaczyłam jej prace, aż mi się oczy zaświeciły, ponieważ to pokazuje świetnie tę zmianę, która się dzieje — nie tylko że się mówi, ale rzeczywiście że włącza się do kolekcji stałych najważniejszych instytucji. Czy to jest dla ciebie też cel, żeby instytucje poszerzały swoje kolekcje, żeby były bardziej przekrojowe, bardziej reprezentacyjne i pokazywały to, co działo się w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych, osiemdziesiątych?

Marika Kuźmicz: No oczywiście. Jeśli chodzi o Urszulę Broll, to muszę powiedzieć, że my się nią mniej zajmowaliśmy — owszem, w Forgotten Heritage jest sporo jej prac, aczkolwiek tutaj chyba Fundacja Kozyry miała duży udział w tym jej powrocie. Natomiast oczywiście bardzo cenię jej twórczość, pracowałam u niej w jej domu, dzięki jej synowi, i rzeczywiście w Forgotten Heritage można zobaczyć jej materiały. Aczkolwiek nie jest tak, że tylko my coś robimy.

Bardziej mogłabym tu powiedzieć o Hannie Orzechowskiej, której dwie prace są na tej nowej wystawie czasowej — ale prawie można powiedzieć, że stałej — w Muzeum Sztuki w Łodzi. Czasowej, ale długoczasowej. Hanna Orzechowska, śmiem twierdzić, nie znalazłaby się na tej wystawie, gdyby nie to, że wspólnie z Luizą Nader pracowałyśmy długo nad tym archiwum Orzechowskiej, nad jej historią, nad takim dopełnieniem, właściwie odkłamaniem trochę tego, co się zaczęło pojawiać w przestrzeni medialnej — za sprawą między innymi filmu Andrzeja Wajdy o Orzechowskiej. Więc to jest cel. Aczkolwiek Fundacja nie sprzedaje prac, nie prowadzi działalności komercyjnej, więc przychodzi taki moment, kiedy jest zainteresowanie ze strony muzeów tymi pracami, i wtedy my się wycofujemy, bo wtedy te rodziny muszą same podejmować pewne decyzje. Tutaj akurat córka Orzechowskiej podjęła bardzo dobre kroki, żeby spuścizna mamy była bardziej widoczna. To jest bardzo ważne, bo nawet jeśli ktoś za jakiś czas postanowi zdjąć tę pracę z wystawy i schować do magazynu, to one jednak tam będą, i może za kolejnych parę lat ktoś pomyśli, że warto je wyjąć.

Muszę powiedzieć, że byłam na otwarciu tej wystawy i ten moment, kiedy zobaczyłam jej autoportret obok obrazu Strzemińskiego — tego powidoku „Rudowłosa”, który jest o niej — to był bardzo wzruszający moment. Bo ta jej łódzka historia jest trudna. To była właściwie historia jej dyskryminacji — kogoś bardzo utalentowanego i niezwykłego.

Powtarzające się schematy w historiach artystek

Maja Michalak: A czy jesteś w stanie wychwycić jakieś powtarzające się schematy w historiach artystek?

Marika Kuźmicz: No tak, oczywiście. Moje studentki podczas którychś zajęć powiedziały, że są dwa złe scenariusze dla kobiety artystki: mieć dzieci i nie mieć dzieci. Bo wtedy, kiedy masz dzieci, jest zazwyczaj ten długi moment koncentrowania się na wychowywaniu dziecka, w związku z tym poszkodowana jest twórczość. Ja tutaj nie rozstrzygam, czy to jest… bo nie dla każdej z tych kobiet jest to złe, a może dla żadnej tak naprawdę. Natomiast ewidentnie są te wieloletnie momenty, kiedy następuje cisza. I to, co mogę mówić o czasie, którym ja się zajmuję: pomimo deklarowanego w PRL-u równouprawnienia, okoliczności, ludzie, instytucje nie pomagały wychowywać dzieci i jednocześnie rozwijać się twórczo. Często dokonywany był wybór.

Jeśli tych dzieci się nie ma — odnosząc się do tych dwóch złych scenariuszy — to jest duże prawdopodobieństwo, że to archiwum po śmierci nie będzie miało nad sobą roztoczonej opieki. Oczywiście posiadanie dzieci nie daje gwarancji, że to się wydarzy. Więc są takie schematy, one są właściwie ponadnarodowe, ponad granicami. Bardzo często był jakiś znany mąż, a kobieta pracująca przez cały czas z równie dużym zaangażowaniem była niedoceniona. To jest taki spektakularny przykład — ja się nigdy nie zajmowałam tymi archiwami, ale jest fundacja, która się nimi zajmuje: archiwum Gepperta i jego żony Hanny Krzetuskiej. To wszystko jest w tej historii: ona malowała w kuchni, on w dużym pokoju. Ona się starała o to, żeby ich wspólne mieszkanie potem stało się jego mieszkaniem, jego imienia. I to się dopiero teraz odkręca, bo należałoby też powiedzieć, że to ona była tą wybitną, progresywną malarką. On był raczej świetnym pedagogiem, świetnym człowiekiem, prawdopodobnie malarzem dość zachowawczym, a ona była niezwykle ostro widzącą abstrakcjonistką — i w tej chwili te jej obrazy są odkrywane. Te historie niestety właśnie takie są. Są pewne przesunięcia, jakieś detale biograficzne, ale bardzo dużo podobieństw.

Maja Michalak: A dlaczego artystki żyjące, do których się zgłaszacie, są zaskoczone, że chcecie się zajmować ich twórczością?

Marika Kuźmicz: Nie wiem dlaczego Jolanta Marcolla była zaskoczona, ale przypuszczam, że mogła myśleć, że jej twórczość z lat siedemdziesiątych nikogo już nie będzie interesować — a ona rzeczywiście zrobiła taką dużą woltę, zajęła się ilustracją książkową dla dzieci i miała na tym polu sukcesy. Nie wiem, czy są zaskoczone — nie wszystkie są. Niektóre czekają na to, jest to dla nich ulga, że wreszcie nastał ten moment, kiedy ktoś koncentruje się właśnie na nich. Nie wiem, czy ulga, może radość, może rzeczywiście chciały, żeby tak było — i to jest wtedy super, bo to jest bardzo fajna praca.

Ja tak mam, myślę, z Małgorzatą Potocką, która jest w ogóle bardzo ciekawą historią i ciekawą osobą. Małgorzata Potocka jest znana, ale znana jako aktorka — natomiast jej twórczość artystyczna, wizualna, fotograficzna, filmowa, wideo, nie jest tak bardzo znana. I ona była na to gotowa, po prostu czekała, że ktoś jej powie: ej, ale to jest ważne, to są ważne rzeczy, ważne jest to, że tworzyłaś, ważna jest twoja historia rodzinna. Bo ona ma taką fajną opowieść o swoich rodzicach, którzy byli bardzo głęboko osadzeni w świecie sztuki — i ona tym przesiąknęła na wskroś, była właściwie zawsze gotowa na to tworzenie. Wtedy jest dużo w tym radości, cieszymy się z tych wystaw.

Instytut Susch i Europa Środkowo-Wschodnia

Maja Michalak: Pracujesz również z Grażyną Kulczyk w Instytucie Susch i zajmujesz się głównie artystkami z Europy Środkowo-Wschodniej. Czy jest znacząca różnica między tym regionem a Europą Zachodnią, że doszło do tego podzielenia? Czy zauważyłyście, że ta grupa artystek potrzebuje więcej uwagi?

Marika Kuźmicz: To był pomysł pani Grażyny Kulczyk, ponieważ ona miała taką refleksję. Ten program nazywa się Instytut Susch i działa przy Muzeum Susch. Muzeum Susch jest instytucją założoną przez panią Grażynę Kulczyk wyłącznie dla prezentowania sztuki kobiet — muzeum prezentuje wystawy kobiet działających w różnych częściach świata. Natomiast decyzją pani Grażyny koncentrujemy się w ramach Instytutu Susch na Europie Środkowo-Wschodniej, ponieważ stosunkowo mało uwagi jest poświęconej tej części świata. Obecnie, kiedy redefiniowane i rozpoznawane jest globalne południe, Bliski Wschód, właśnie pod kątem twórczości kobiet, i inne regiony świata — to ta część jest mniej badana. Niektóre kraje takim researchem zewnętrznym w ogóle lub niemal w ogóle, więc tam jest bardzo dużo do zrobienia.

Maja Michalak: I w jaki sposób działacie obecnie?

Marika Kuźmicz: Dzieje się to na wielu polach. Prowadzony jest research dotyczący estates. Powstaje baza, która będzie prezentować te materiały — baza Muzeum Susch, europejskie artystki. Planowane są wydawnictwa, książki, które będą monografiami historii kobiet w regionie. Oprócz tego dzieją się różne rzeczy: wykłady, seminaria z udziałem badaczek z tych badanych krajów. Udzielane jest wsparcie przez panią Grażynę, ponieważ cały czas dzieje się proces — dla tych artystek lub dla ich rodzin — digitalizacji, opracowywania materiałów archiwalnych, prac, które są zazwyczaj niedostępne dla odbiorców, bo znajdują się w prywatnych mieszkaniach, w bardzo różnych miejscach. Staramy się bardzo, żeby ten research był skupiony nie tylko na stolicach, ale również na innych ośrodkach — w krajach byłej Jugosławii, Bułgarii, Rumunii, Albanii. W tej chwili to jest główny focus, ale również kraje bałtyckie, kraje Grupy Wyszehradzkiej — to kolejne lata, które mamy zaplanowane.

Marzenia i sieciowość

Maja Michalak: Na koniec rozmowy chciałabym ci zadać pytanie: jakie jest twoje marzenie dotyczące pracy Fundacji Arton, ale także twojej pracy badawczej czy pracy wykładowczyni? Domyślam się, że to dość trudne — ale co chciałabyś jeszcze zrobić, oprócz kontynuowania tego, co już zaczęłaś, gdybyś nie miała żadnych ograniczeń?

Marika Kuźmicz: Myślę, że tak naprawdę ta możliwość prowadzenia researchu w ramach Instytutu Susch jest spełnionym marzeniem. To jest coś, o czym zawsze marzyłam, i dzięki pani Grażynie Kulczyk to się dzieje. Oczywiście marzę, żeby już były te książki, żeby się to wszystko udało zrobić — ale to jest taki moment mojego trochę spełniającego się marzenia. Muszę się zastanowić nad tym marzeniem, nie jestem od tych marzeń za bardzo. Czyli są głównie cele.

Maja Michalak: W jednym z wywiadów powiedziałaś, że dzielisz się swoimi pomysłami ze swoimi studentami, ponieważ sama nie jesteś w stanie zrealizować tych wszystkich rzeczy.

Marika Kuźmicz: W ogóle nie wierzę w taki research, który jest działaniem jednostki, bo to jest bardzo złudna sprawa. Musi być sieciowość. Nawet jeśli — no ja jestem osobiście powiedzmy bardziej introwertyczna — to w moim zawodowym życiu wydaje mi się, że jednym z tych kluczy jest dzielenie się. I ja też dostaję bardzo dużo, bo naprawdę nie zrobiłabym pewnie 70 procent tych rzeczy, które robię, gdyby nie to, że piszę w środku nocy maila do Tirany i dostaję odpowiedź godzinę później — bo jest tam ktoś, komu tak samo zależy i kto to zrobi, dlatego że właśnie chodzi o te artystki.

Moje marzenie… ja bym po prostu chciała kontynuować to, co robię. To nie jest jakieś bardzo niebywałe marzenie — brzmi tak skromnie, ale w sumie chyba o to by chodziło. Chciałabym na pewno, żeby w muzeach na wystawach stałych było co najmniej tyle samo kobiet, co mężczyzn. Bardzo bym tego chciała. Ja zawsze research w danym kraju zaczynam od policzenia — idę na wystawę stałą w galerii narodowej albo w muzeum narodowym i liczę, mam te excele. I to są tak straszne, potworne dysproporcje: zero, dwa procent sztuki kobiet na tej wystawie stałej, a w magazynie są, poza muzeum są, więc można byłoby spokojnie to zrobić. Często jeszcze jest tak, że w wielu miejscach nie widzi się takiej potrzeby — po co to robić. Więc to by było takie duże marzenie.

Maja Michalak: Mam nadzieję, że tego doczekamy jeszcze za życia. A tobie życzę, żebyś miała wśród swojego bliskiego grona równie wiele zaangażowanych osób, które będą chciały działać razem z tobą, w podobnym kierunku, żeby było do zrealizowania to marzenie o tym, żeby jak najwięcej kobiet było w szerokim dyskursie — a raczej żeby na opowieść o jakiejś kobiecie była odpowiedź „tak, znam”, a nie „dopiero poznaję”.

Marika Kuźmicz: Myślę, że tak będzie. Ja już się przyzwyczaiłam i mam tak, że to jest moja obowiązkowa pozycja w każdej rozmowie: mówię „teraz zajmuję się tą i tą” — „nie znam”. Już to przechodzę jako odhaczony element spotkania. Bardzo dziękuję za te życzenia, przydadzą się, że wkrótce będziesz w inny sposób konstruowała przebieg rozmowy i że to już będzie ten punkt, o którym nie będziesz myślała.

Maja Michalak: Serdecznie dziękuję ci za rozmowę, a państwa zapraszam do odwiedzenia Fundacji Arton oraz do sprawdzenia osobiście archiwów i przejrzenia ich dokładnie, bo jest tam mnóstwo wspaniałości. W listopadzie zapraszamy — w listopadzie i grudniu — na wystawę profesor Ireny Huml, która była nie artystką, lecz historyczką sztuki. Mija właśnie dziesięć lat od jej śmierci. Ona była taką osobą — to jest właśnie a propos tego odkrywania, do którego jestem dość sceptycznie nastawiona — bardzo uważną obserwatorką życia artystycznego, i w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych bardzo dużo uwagi poświęcała kobietom artystkom. Bardzo często jedyne referencje o kimś to właśnie jej teksty. Więc mieliśmy taki pomysł, razem z córką pani profesor, żeby zrobić jej poświęconą wystawę i przypomnieć o tych osobach, które jednak 50, 60 lat temu również pracowały dla dobra artystek.

Maja Michalak: Wspaniale, nie mogę się już doczekać zwiedzenia wystawy. Dziękuję ci serdecznie.

Marika Kuźmicz: Dziękuję bardzo.


Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.

Maja Michalak — historyczka sztuki, założycielka Poza Ramami

Prowadząca podcast

Maja Michalak

Historyczka sztuki, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i założycielka Poza Ramami. Opowiada o sztuce tak, żeby chciało się słuchać - bez akademickiego zadęcia, za to z pasją i ciekawostkami. Współpracuje z największymi polskimi i europejskimi instytucjami kultury. Jest autorką bestsellerowego albumu "Poza Ramami. O malarstwie". Prowadzi kursy, webinary i podcast „Sztuka Poza Ramami", w którym rozmawia z najważniejszymi postaciami świata sztuki.

Poznaj mnie bliżej →