Maja Michalak: W tym odcinku porozmawiamy nie tylko o kolekcjonowaniu, ale przede wszystkim o roli udostępniania prywatnych kolekcji szerszej publiczności. Jak wybierać prace, aby państwowe instytucje chciały je wystawiać? Jak wyglądają kulisy życia ze sztuką? Moim gościem jest Wojciech Fibak — jeden z najwybitniejszych tenisistów w historii naszego kraju, a jednocześnie pasjonat i kolekcjoner sztuki, który kieruje się maksymą, żeby zawsze wybierać wybitne dzieła wybitnych artystów. Dzień dobry, panie Wojtku. To bardzo charakterystyczna maksyma, chyba dobrze oddająca sposób wybierania dzieł.
Skąd wzięła się maksyma
Wojciech Fibak: Muzeum Narodowe w Warszawie zwróciło się do mnie w dziewięćdziesiątym drugim roku — miałem wtedy czterdzieści lat — abym napisał wstęp do katalogu mojej wystawy, która miała się odbyć w muzeum. Mieszkałem wtedy w Nowym Jorku, usiadłem i napisałem po polsku i po angielsku, i właśnie wtedy wprowadziłem tę dewizę, że próbuję kolekcjonować wybitne prace wybitnych artystów. Wtedy myślałem o Tadeuszu Makowskim, o Władysławie Ślewińskim, o Jacku Malczewskim, o Meli Muter, o Zygmuncie Menkesie. Tych artystów miałem w głowie. Więc to już jakiś czas trwa i dalej hołduję tej zasadzie.
Maja Michalak: Ta umiejętność widzenia, która praca jest najlepsza — czy to jest wyćwiczone oko, trenowane już w dzieciństwie w muzeach razem z rodzicami?
Wojciech Fibak: Miło, że pani to stwierdziła, ale ja ciągle nie wiem — to są ciągle wyzwania i ciągle pułapka: czy ta praca to akurat ta najlepsza, czy jedna z najlepszych, czy wartościowa, ważna dla artysty w historii, nie tylko rynku, ale też historii malarstwa polskiego i światowego. To do dzisiaj przeżywam, czy przeżywamy z moją partnerką, zdobywając kolejne prace Karoliny Jabłońskiej, Agaty Kus, Agaty Słowak czy Aleksandry Waliszewskiej — podobnie jak kiedyś zastanawiałem się nad Tadeuszem Makowskim, a później nad Jeanem-Michelem Basquiatem.
Byłem też pewnego rodzaju encyklopedią. Wiele dzisiejszych autorytetów kontaktowało się ze mną w latach dziewięćdziesiątych, pytając: „Wojtek, czy ta praca?” — o Ślewińskiego, o różne rzeczy, o pracę Basquiata. Nie mam żadnej pewności, żadnego klucza — może jakieś oko, wyczucie do estetyki, podobnie jak do piłki tenisowej. Ale potwierdzenie następuje dopiero wtedy, kiedy zwracają się ważne instytucje czy galerie, aby wystawić tę pracę.
Pierwsza prywatna kolekcja w muzeach narodowych
Maja Michalak: Pana kolekcja była pierwszą prywatną kolekcją pokazaną w muzeach narodowych w Polsce. Jak do tego doszło?
Wojciech Fibak: Po drugiej wojnie światowej kolekcjonowanie przeważnie kojarzyło się z chowaniem, ukryciem — bo to urząd podatkowy, a to może jakaś ochrona, bo nie wiadomo, czy będzie bezpiecznie pokazać, czy nie nastąpi włamanie do posesji kolekcjonera. Pamiętam kolekcję Wiesława Ochmana, ale faktycznie chyba byłem pierwszym kolekcjonerem, który tak mocno upublicznił zbiory. Ta pierwsza wystawa odbyła się w dziewięćdziesiątym drugim roku w Warszawie, w Poznaniu i w Krakowie, w Muzeach Narodowych. W Poznaniu poznałem profesora Nowosielskiego, który przyszedł na wernisaż, był Jan Berdyszak — wiele historii z tego pozostało.
Na wystawie w Poznaniu było wiele głosów, że ludzie nie do końca interesujący się sztuką przyszli zobaczyć, „co ten tenisista zbierał”, i bardziej podziwiali ramy niż same prace. Bo bardzo dbałem o ramy — miałem wspaniałych twórców tych ram w Nowym Jorku i w Paryżu, prawdziwe drewniane, odpowiednio pozłacane. Ramy były różnym sukcesem, to pamiętam.
Wystawy w Toruniu i Radomiu — nowe pokolenie
Maja Michalak: A czy przy obecnie trwającej wystawie kolekcji nowego pokolenia w Radomiu zwracał pan uwagę bardziej na ramy? Mam nadzieję, że nie, bo ja zwróciłam uwagę na niesamowite zaobserwowanie tego, co się dzieje na rynku, i zgromadzenie wybitnych nazwisk. Jeżeli ktoś chciałby się zapoznać z tym, co dzieje się w najnowszej sztuce polskiej, wybranie się do Radomia jest bardzo dobrym pomysłem.
Wojciech Fibak: To słynna Elektrownia, która wylądowała na czwartym miejscu w prestiżowym rankingu Piotra Sarzyńskiego w „Polityce” — placówek muzealnych w Polsce, bardzo wysoko. A CSW w Toruniu, gdzie wystawiałem w zeszłym roku nowe pokolenie i klasykę — bo to było zderzenie tych dwóch części kolekcji — znalazło się na siódmym miejscu.
A propos ram: przedwczoraj na wernisażu rozmawialiśmy z Agatą Bogacką i ona poprosiła: „Panie Wojtku, jeden obraz jest oprawiony, czy można by tę ramę zdjąć chociażby na czas wystawy?”. To był pierwszy obraz Bogackiej, który udało nam się z Pauliną zdobyć. Kiedy wieszaliśmy go w głównym salonie w naszym lofcie w Poznaniu, wśród prac Fangora, Gierowskiego, Berdyszaka — wysokie sufity — ten obraz trochę zaginął wśród tych bardzo mocnych prac. Więc Paulina wpadła na pomysł oprawienia. Agata myślała, że ta rama jest czarna, a ona jest bardziej grafitowa, i ta praca stała się mocniejsza w otoczeniu tych gigantów.
Ale wystawa toruńska pokazała, że nowe pokolenie to wielka klasa, wspaniały warsztat. Oni wytrzymali konkurencję Strzemińskiego, Kantora, Fangora, Pągowskiej, Lebensteina, Nowosielskiego, Brzozowskiego — gigantów polskiej sztuki. Agata Kus, Kręcicki, Waliszewska, te obrazy Żukowskiego, które wisiały blisko, broniły się wspaniale. Byłem bardzo dumny, że nie odczuwało się dysonansu. Znakomicie to powiesił Krzysztof Stanisławski, który ma świetne wyczucie, podobnie jak Paweł Witkowski w Elektrowni — z tym trzeba się urodzić, to talent, wyczucie do kolorów, do przestrzeni. W Toruniu było jeszcze trudniej, bo Żukowski był między Brzozowskim a Pągowską, a z drugiej strony patrzyły na to wszystko rzeźby Abakanowicz. I nowe pokolenie się obroniło.
Klasyka i nowe pokolenie równolegle
Maja Michalak: Dodawanie do kolekcji nowego pokolenia — czy było równoczesne z kolekcjonowaniem klasyków?
Wojciech Fibak: Do dzisiaj kolekcjonuję też klasykę. Niedawno zakupiłem obraz Leona Tarasewicza, czyli to dalej żyje. Uwielbiam ten okres — uważam, że możemy być bardzo dumni z całego okresu powojennego, lat pięćdziesiątych, sześćdziesiątych, siedemdziesiątych. Taki Stefan Gierowski. Mam swoje porównania: czy Gierowski, czy Lebenstein do Dubuffeta — to naprawdę giganci, Fangor. I tak powoli dorastałem do nowego pokolenia — to zasługa Pauliny, mojej partnerki, która delikatnie namawiała mnie raz, drugi, trzeci.
Dwa wydarzenia mnie przebudziły. Jedno to wystawa w Sopocie, w Państwowej Galerii Sztuki, kolekcji Hestii — tam pierwszy raz ujrzałem wczesną pracę Juszkiewicz, to były chyba gimnastyczki, taką potężną pracę. Pomyślałem: gdzie ja byłem, jak to możliwe, że w ogóle nie wiem, że artystka miała taki okres — bo to mi się kojarzyło z Tadeuszem Makowskim, z Melą Muter, z portretami dzieci. Udało mi się rok później zdobyć bardzo ważną pracę Ewy Juszkiewicz. Drugie to nasze wejście do galerii Raster, gdzie wiele razy bywałem, bo od dawna kolekcjonuję Macieja Maciejowskiego. Wchodzimy, a tu wystawa Karoliny Jabłońskiej. Pytam: przepraszam, kto to jest? Taki dyptyk, który był na okładce i na wszystkich banerach w Toruniu — podwójny autoportret w błękicie, bardzo mocny, czterometrowy. Spojrzałem i wiedziałem: to najlepsza polska praca, jaką widziałem. Oczywiście zarezerwowana dla muzeum. Po trzech latach udało się ją zdobyć, dzięki uprzejmości dyrektorów Rastra — Michała Kaczyńskiego i Jarka Gorczycy.
Kolejka po obraz
Wojciech Fibak: Ciekawa historia, którą opisywałem w wywiadzie do wystawy toruńskiej: chciałem zakupić pracę i pewna miła pani zaprasza mnie do gabinetu, „na bok, pana nazwisko”. Wertuje strony, jedną, drugą, trzecią, widzę maczkiem zapisane nazwiska. Mówię: przepraszam, ale co pani? „Ja pana zapiszę”. A ja: będę czterdziesty trzeci czy czwarty do zakupu Karoliny Jabłońskiej? „No tak, dwa, trzy lata i pan zdobędzie ten obraz”.
Wtedy zszedł z góry Michał Kaczyński, mówi: „Słyszę, pan Wojtek?”, zaczynamy rozmawiać. Dzisiaj jesteśmy już na ty. „Panie Wojtku, coś spróbujemy załatwić, zapytam artystkę, bo wszystkie prace z wystawy są wyprzedane”. Wtedy dopiero się zorientowałem, jak trudno jest zdobyć Agatę Kus czy Agatę Słowak. Pracę Agaty Słowak zrobiliśmy dzięki uprzejmości Galerii Foksal na tydzień przed otwarciem wystawy w Toruniu — chciałem jedną z najlepszych, a kiedy się mierzy wysoko, jest bardzo trudno. W końcu dyrektor Przewara pomógł. Podobnie otrzymałem w ostatniej chwili ważną pracę Tomka Kręcickiego. A teraz kupujemy Agatę Słowak w Los Angeles, Waliszewską w Tokio, Żukowskiego w Paryżu.
Maja Michalak: Niesamowite, że kolekcjoner pana rangi ma problem z dostaniem pracy — byłam przekonana, że jest jakaś szybsza kolejka.
Wojciech Fibak: Naprawdę bardzo ciężko. Prace Radziszewskiego w Radomiu są doskonałe. Ołowską zdobyliśmy teraz w Zachęcie. Maciejowski, Agata Kus jest bardzo ważna — Karolina Jabłońska była bohaterką wystawy w Toruniu, a Agata Kus jest bohaterką wystawy w Radomiu, banery, okładka katalogu. Uwielbiam ten obraz zdejmowania swetra japońskiego specjalisty — kultowa praca. W geometrii abstrakcyjnej dobrze czują się tak naprawdę tylko Marcin Jasik i ona, natomiast zdecydowana większość, jakieś 95 procent artystów, tworzy malarstwo figuratywne.
Krzysztof Grzybacz, Bartek Flis, Monika Falkus
Wojciech Fibak: Krzysztofa Grzybacza — kiedy tylko udało mi się zdobyć te prace, dosłownie tydzień później kontaktowało się ze mną muzeum w Hongkongu, które przebijało trzy, cztery razy. Wydawało mi się, że przepłacam, a okazało się, że nie. Mamy też Bartka Flisa, te jego mocne prace. Jakub Gliński, którego uwielbiam — trzymamy za niego kciuki, bo przechodzi trudny okres. Uwielbiamy absolutnie Monikę Falkus, wielką artystkę — udało nam się zdobyć wyjątkową pracę. Byliśmy u niej w pracowni, królewsko nas przyjęła, ale nie rozmawialiśmy o kupnie — z jakimś szacunkiem dla niej nigdy nie podjąłem tego tematu. Jest niezwykłą osobą, nie tylko artystką.
Najbardziej ujmujące w tej najnowszej sztuce jest to, że można poznać artystów i z nimi rozmawiać. Z pokolenia starszego poznałem oczywiście Fangora — w Ameryce i w Polsce, nawet w Santa Fe byłem u niego — Stefana Gierowskiego, Jana Lebensteina, którego pracownię w Paryżu często odwiedzałem.
Lebenstein, Pągowska i klasa dawnych mistrzów
Wojciech Fibak: U Lebensteina zawsze patrzyłem w górę, na mezzaninie były najlepsze prace z końca lat pięćdziesiątych, te jego figury osiowe. Mówiłem: „Panie Janie, może jedną z tamtych?”. „Nie, tamte mi się nie podobają”. Ja mówię: Teresa Pągowska nie robiła czegoś podobnego? Bo Lebenstein i Pągowska niczym się nie różnili w tych osiowych figurach — miałem już wtedy z piętnaście prac tego typu. On mówił: „Ja głównie kolekcjonuję te dziewczyny przy barze w Paryżu”. Bo wspaniałe są te jego prace figuratywne z lat sześćdziesiątych.
Dla Teresy Pągowskiej urządzałem wystawy — poprosiła, żeby ściany były na biało. Mówię: pani profesor, ściany są białe. „Panie Wojtusiu, one muszą być śnieżnobiałe”. Musieliśmy opróżnić całą galerię, prawie sto obrazów, i pomalować od nowa. To byli wyjątkowi artyści światowej klasy, ale też niezwykli ludzie o niezwykłej kulturze osobistej. Fangor operował perfekcyjnym francuskim, niemieckim, angielskim. Lebenstein mówił pięknym francuskim, przychodził do mnie na kolację pierwszy, wypijał najwięcej, wychodził ostatni, rozrywany, podziwiany. Stefan Gierowski z tym rozbrajającym uśmiechem. Mieliśmy naprawdę wyjątkowych ludzi.
Zygmunt Menkes i szkoła paryska
Wojciech Fibak: Z pokolenia École de Paris, które zbierałem wcześniej i pokazywałem w Muzeach Narodowych w latach dziewięćdziesiątych, poznałem jedynie Zygmunta Menkesa. Urodził się na przełomie wieków, więc kiedy przyjeżdżał do mnie w połowie lat osiemdziesiątych albo kiedy odwiedzałem go w jego domu w Riverdale — żydowskiej dzielnicy nowojorskiej — miał już jakieś osiemdziesiąt lat. Z panią Stasią długo rozmawialiśmy. Rozpłakał się przed swoim autoportretem, który wisiał u mnie w salonie, bo sprzedał go w dwudziestym siódmym roku — jakiś Amerykanin odwiedził jego pracownię w Nicei i był w siódmym niebie, że obraz kupiono, bo dostał cenne środki na życie w trudnych czasach. Od tego czasu nie widział tego obrazu, a to była chyba najważniejsza jego praca: potężny autoportret w białych spodniach i czerwonej kurtce, z małpką na ramieniu. Pani Stasia po śmierci pana Zygmunta dała mi klucz do jego pracowni, bo nie chciała tam sama wejść — jako pierwszy ją otworzyłem.
Fangor i przebudzenie rynku
Wojciech Fibak: Zawsze próbowałem polskich artystów, także Wojciecha Fangora. Kiedy kolekcjonowałem ostro, mało kto się przebudził wcześnie do Fangora. Tak naprawdę Grisza Jankiewicz był pierwszym ważnym kolekcjonerem, który bardzo wcześnie rozpoznał wielkość Fangora. Zaskakujące, że kiedy Fangor przyjechał do Polski, nie powitaliśmy go z otwartymi ramionami — musiało minąć prawie piętnaście lat, żeby dostrzeżono ważność tego artysty, i to nie tylko dla Polski, ale na scenie międzynarodowej. Przecież już w siedemdziesiątym roku był po wystawie indywidualnej w Nowym Jorku.
Ja to rozpoznaję datami: do dwa tysiące dziesiątego nikt mnie nie mógł przebić na aukcjach, wygrywałem wszystkie — czy w Paryżu, Nowym Jorku, Londynie, w Niemczech, gdziekolwiek ukazała się praca Fangora. I nagle od dziesiątego roku wkroczyło na rynek kilku ważnych kolekcjonerów: Jurek Starak, który miło wspomina, że gdyby nie odwiedzał moich domów w Paryżu i Nowym Jorku, nie kolekcjonowałby sztuki; Grisza Jankiewicz, Grażyna Kulczyk, powoli inne osoby, Krzysztof Musiał. I już nie wygrywałem tych aukcji. Fangor był wtedy najdroższym polskim artystą, więc to był wyznacznik, że rynek się obudził.
Mikołaj Sobczak i Agata Słowak
Wojciech Fibak: Mamy Agatę Słowak, mamy fenomenalnego Mikołaja Sobczaka — historyczną pracę.
Maja Michalak: Tej pracy w ogóle bym z nim nie połączyła, bo w głowie miałam raczej takie bujne, z dużą ilością postaci. Ta była dla mnie zaskoczeniem.
Wojciech Fibak: To ważna, historyczna praca. Kiedy na oprowadzaniach opisuję ją przez kilka minut, nikt się nie rusza, cisza absolutna — nie możemy przejść do następnej sali. Taki silny kontekst historyczny. Zdobyliśmy ją w Los Angeles. Nie miała szans na okładkę w Radomiu. Proponowałem z Galerii Foksal pracę Agaty Słowak z bratem — to taki współczesny Jacek Malczewski, genialnie malowana, ta postać zza głowy brata. Myśleliśmy, żeby dać na okładkę, ale Paweł Witkowski mówi: „Panie Wojtku, pan jeszcze mówi, że Jacek Malczewski, no Radom, mój Radom — nie wiem, czy to przejdzie”. Tym bardziej że bohaterką miała być Agata Kus. Bawiliśmy się tymi okładkami, ale od początku mieliśmy w głowie z Pauliną, że bohaterką wystawy będzie Agata Kus.
Wilhelma Sasnala, Maciejowskiego czy Piotra Uklańskiego kolekcjonowałem już dwadzieścia lat temu — wiele prac przeszło przez moje ręce. Uwielbiałem całą trójkę. Często zadaję sobie pytanie: jak to jest, że kupowałeś dwadzieścia lat temu prace Uklańskiego, Sasnala, Macieja, a nie udało ci się wtedy zdobyć pracy Agaty Bogackiej? Bo te prace, które mamy teraz, to te lata. I moja odpowiedź to Paulina — ja jej nie znałem, nie wiedziałem, że Bogacka istnieje. Gdybym wiedział, natychmiast bym się zachwycił, tak jak zdobywałem hurtowo prace Marcina Maciejowskiego w galerii Zderzak.
Praca, którą trzeba wykonywać nieustannie
Maja Michalak: To jest kolekcjonowanie sztuki — trzeba być non stop na bieżąco, chodzić na wystawy, wernisaże, rozmawiać. Bo inaczej można coś przeoczyć.
Wojciech Fibak: Tak. Prace Bogackiej zdobyliśmy w Zurychu — kolekcjoner zakupił je w galerii dwadzieścia dwa lata temu, na pierwszej wystawie, to pierwsza praca z tego figuratywnego, arcyważnego cyklu, dziś Agata już tak nie maluje. „Ostatni Mohikanin”, „Kobieta na rowerze” — dotarły dosłownie tydzień przed wystawą do Radomia. Zdumiewające, że gdybym te prace ujrzał dwadzieścia lat temu — jeszcze ten rower, bo dzisiaj rower maluje wielu, ale w dwa tysiące drugim roku to było coś dziwnego. Ja wtedy otwierałem galerię i byłem jedyną osobą, która jeździła w marynarce i dżinsach na rowerze na spotkania w centrum Warszawy — też byłem prekursorem tego roweru. To ten obraz, który zdecydowaliśmy się oprawić w grafitową ramę i wygląda fenomenalnie. Ale inne prace nie są oprawione, więc może artystkę to uraziło, i myślimy o tym, żeby te ramy na czas wystawy do końca sierpnia zdjąć.
Hugh Grant, Basquiat i sztuka jako inwestycja
Maja Michalak: Wspomniał pan, że wielu ludzi zachęcił do kolekcjonowania — jest nawet historia, że Hugh Grant przyznał panu rację, że na obrazach da się lepiej zarobić niż na byciu aktorem.
Wojciech Fibak: Uwielbiam poznawać ludzi, nie tylko Hugh Granta czy Erica Claptona. Kiedy odwiedzili mój apartament przy parku w Nowym Jorku, pełen Basquiatów — Clapton przyszedł przez Carlę Bruni. Później stał się kolekcjonerem, uwielbia obrazy Basquiata. A Hugh Grant wyczuł — to zdolni ludzie z potencjałem — że coś jest na rzeczy, i po kilkunastu latach te Basquiaty sprzedał. Kupował je za dwieście, trzysta, czterysta tysięcy dolarów na początku lat dziewięćdziesiątych, a dwadzieścia lat później były warte dwadzieścia milionów. A Hugh Grant za film dostanie kilka milionów, nie dwadzieścia. Kiedy siedzieliśmy obok siebie na korcie centralnym, jego pierwsze słowa: „To jest pasja”. Hugh Grant to najdowcipniejsza osoba, jaką poznałem — kiedy z nim jechałem gdzieś limuzyną, po dwóch minutach brzuch mnie bolał ze śmiechu. A drugą był Jerzy Kosiński, niestety świętej pamięci, mój przyjaciel, genialny pisarz z takim poczuciem humoru.
Maja Michalak: Czy żałuje pan jakiejś sprzedaży obrazów?
Wojciech Fibak: Nie mógłbym spać, gdybym zaczął o tym myśleć. Rozstałem się z wieloma pracami Wojciecha Fangora — kiedyś miałem ich pięćdziesiąt. Zresztą wtedy przeszliśmy na ty: dzwonię do Wojciecha, a on takim głosem jak tuba: „Halo, Wojciechu”. Kiedyś, gdy miałem dwadzieścia jego obrazów, powiedział: „Panie Wojtku, kiedy pan osiągnie liczbę pięćdziesiąt, wtedy przechodzimy na ty”. I przeszliśmy. Bardzo łagodny gigant, prawie dwa metry wzrostu, delikatny, troskliwy, niezmiernie uprzejmy. To samo mógłbym powiedzieć o Stefanie Gierowskim i o Janie Lebensteinie.
Nowe pokolenie — ludzie, nie tylko dzieła
Maja Michalak: A czy w nowym pokoleniu zdarzyła się sytuacja, że po poznaniu artysty nie chciał pan już jego prac, bo pana zawiódł?
Wojciech Fibak: Szczególnie to nowe pokolenie — oni są wszyscy wspaniali. Radek Szlaga, ujmujący, nieprzeciętnie inteligentny. Sobczak i jego wiedza historyczna — jego opowieści są porażające. Agata Kus, energiczna, pełna werwy. Uwielbiamy i podziwiamy ich dzieła, ale też cenimy przyjaźnie. Poznałem Karolinę Jabłońską, jej siostrę i mamę, i jej chłopaka, czyli Tomka Kręcickiego. Grzybacza nigdy nie poznałem, nie udało nam się. Z Żukowskim korespondujemy, bo mieszka w Paryżu, może przy Rolandzie Garrosie uda nam się spotkać.
Tenis kontra obrazy
Maja Michalak: Wspomniał pan o ważnym turnieju — słyszałam historię, że jeden z meczów poszedł panu gorzej, bo dzień przed nim do późna sprzedawał pan albo kupował obraz.
Wojciech Fibak: Moi przyjaciele, najbliżsi kibice, mówili: ile więcej meczów Wojtek by wygrał, gdyby nie te obrazy. Mój ojciec się martwił, choć z jednej strony doceniał moje zainteresowania — sam mnie namawiał jako chłopca na wycieczkach do Warszawy czy Krakowa, zwiedzaliśmy muzea, i prosił, żebym sporządzał notatki z tego, co widziałem. Moimi ulubionymi pracami były sceny myśliwskie Maksymiliana Gierymskiego, polowania, kawalkada Brandta, pędząca czwórka koni Chełmońskiego. Rodzice wdrożyli we mnie te zainteresowania — mama kolekcjonowała głównie meble biedermeier i porcelanę, chodziłem z nią po antykwariatach, do Desy Poznańskiej. Ojciec widział, że więcej czytam o sztuce i żyję nią bardziej niż tenisem, i to go martwiło, bo byłem wtedy czołowym tenisistą świata.
To jest tak, jak z singlem i deblem — grałem w obu, a singiel zabierał coś z debla, debel z singla. Gdybym się wyspecjalizował w jednym, pewnie osiągnąłbym więcej. Rozgrywałem mecze singlowe o dziewiętnastej, a deblowe o dwudziestej drugiej czy trzeciej, jeden turniej halowy za drugim: Bazylea, Wiedeń, Kolonia, Sztokholm, Londyn.
Najbardziej drastyczna historia: rozgrywam turniej w Kitzbühel, jeszcze jestem na plakatach w całym mieście, bo reprezentowałem markę Head i grałem z Guillermem Vilasem, słynnym Argentyńczykiem. I dostaję telefon z Wiednia, że jest bardzo ważna praca Piotra Michałowskiego — a wtedy Michałowski był Bogiem, niektórzy do dzisiaj uważają, że był największym artystą w historii polskiej sztuki. Tak uważa Wiesław Ochman: kiedy wychodzi z mojego domu pod Nowym Jorkiem, gdzie było ponad dwieście obrazów — Kotarbiński, Makowski, Malczewski — lubiłem pytać: gdybyś miał wyjść z jednym obrazem? I on: „No, Wojtek, ewidentnie z dziećmi Piotra Michałowskiego”. Więc po te dzieci się wybrałem. A Kitzbühel jest daleko od Wiednia — trzeba praktycznie przez Monachium, autostradą wokoło. Pojechaliśmy dużym mercedesem, obraz do bagażnika, ojciec spojrzał: „Trafiłeś, synu. Warto było”.
Największe przebicia
Wojciech Fibak: Musiałem zdjąć ramę, bo kupowałem od pana Rolanda, który zakupił obraz od Czesława Bednarczyka — to najbardziej znany antykwariat w Wiedniu, przy Dorotheergasse, w najlepszym miejscu. Jego córka Elżbieta, z którą przyjaźnię się do dzisiaj, to legenda, największy autorytet w Austrii, jeśli chodzi o sztukę francuską osiemnastego wieku. Ten obraz Michałowskiego to były olbrzymie sumy — jakieś pięćdziesiąt tysięcy dolarów, czyli można było za to kupić cztery wille na Żoliborzu.
Moim największym przebiciem — mało kto o tym wie — było zakupienie dwóch obrazów Tadeusza Makowskiego przez Zbyszka Legutkę, legendarnego marszanda, mojego marszanda amerykańskiego. Marek Mniczuk był moim marszandem francuskim, od niego kupiłem prawie kilkaset obrazów École de Paris w ciągu dziesięciu lat w Paryżu. Za każdy obraz Makowskiego zapłaciłem sto tysięcy dolarów, a Zbyszek Legutko z prowizji kupił dom, który dziś jest wart pięć milionów. To były absolutnie muzealne prace: „Piekarz” i „Myśliwy”, dwa metrowe portrety w tym kubizmie Makowskiego, polskim kubizmie, arcyważne. Ten, kto sugeruje, że wtedy można było zdobyć prace École de Paris za grosze, nie ma racji — próbuję to korygować.
Pierwsze trzy prace, które zakupiłem u Zbyszka Legutki, wracając z turnieju w Filadelfii — zatrzymałem się w jego pierwszej galerii w Trenton, na granicy New Jersey i Pensylwanii. Wszedłem do domu, trzysta obrazów, głównie Zawadowski — Wacław Zawadowski, pejzażysta malujący południe Francji. Zakupiłem portret Żyda Piotra Michałowskiego z kolekcji Barbary Johnson, bo jej mąż Stewart Johnson był antysemitą i nie chciała portretu Żyda w domu, choć wiedziała, że to arcyważna praca. Profesor Sienkiewicz twierdził, że to najlepszy portret Piotra Michałowskiego w ogóle. Zakupiłem też pracę Makowskiego — czworo dzieci przebierańców w maskach — i trzecią pracę, Eugeniusza Zaka. Wtedy z wyjątkiem kilkunastu muzealników w Polsce nikt nic nie wiedział o Menkesie, o Meli Muter, o Zaku, o Epsteinie.
Szkoła paryska i pani Ada Jaworska
Wojciech Fibak: Zbyszek Legutko studiował w Akademii Barnesa — Albert Barnes był jednym z najważniejszych kolekcjonerów amerykańskiej szkoły paryskiej, do dzisiaj w Filadelfii istnieje Fundacja Barnesa. On się zorientował, że są też Polacy reprezentujący tę szkołę: Kisling, czyli Mojżesz Kisling. Mam do dzisiaj książkę Pankiewicza z wpisem Kislinga: „mojemu ukochanemu profesorowi Pankiewiczowi, któremu wszystko zawdzięczam”. Zdobyłem tę książkę z biblioteki pani Studzińskiej w Paryżu.
W tę całą szkołę paryską wprowadziła mnie profesor Ada Jaworska, świętej pamięci, cudowna pani Ada, i wskazała na Marka Mniczuka. Obrazy Pankiewicza czy Boznańskiej wtedy kupowałem — istniała Desa, ale głównie kupowało się od marszandów. To dzięki pani Adzie. Panie, które wybierały okładkę kultowego katalogu muzealnego z dziewięćdziesiątego drugiego roku — dziś mówi się „biblia kolekcjonerów” — pani Morawska, pani Bruce Malinowska i pani Ada Jaworska, wybrały obraz Eugeniusza Zaka. Niezwykła praca w stylu Picassa lat dwudziestych.
Marzenie o własnym muzeum
Maja Michalak: Czy zastanawia się pan nad tym, żeby stworzyć własne stałe muzeum, w którym przedstawiona byłaby cała kolekcja?
Wojciech Fibak: Niesamowite, że pani pyta. Nagrywamy dzisiaj w piątek, a w poniedziałek za trzy dni spotykamy się w Poznaniu z wiceprezydentem miasta, z osobą od kultury i prezesem Targów Poznańskich — jedna hala ma być przeznaczona na muzeum, gdzie zdeponuję ponad sto prac. Myślę o tym od lat, próbuję w trzech miastach: Poznań przede wszystkim, jako moje miasto rodzinne, Sopot, który uwielbiam, i Warszawa. Ale to trudny temat.
Grażyna Kulczyk coś wie na ten temat. Byłem kiedyś blisko — rozmawialiśmy wiele razy z Janem Kulczykiem, świętej pamięci mężem pani Grażyny. Byliśmy blisko tego, żeby powstało muzeum Kulczyków z kolekcją mojego nazwiska, gdzie zdeponowałbym ponad dwieście obrazów École de Paris. To było na granicy, bardzo blisko, koniec lat dziewięćdziesiątych, ale w końcu pan Jan się wycofał. Ja nigdy się nie wycofałem, bo to było moim marzeniem. Chwała Sylwii i Piotrowi, którzy otworzyli swoją fundację i kamienicę. W moim przypadku to musi być przestrzeń przynajmniej tysiąc pięćset metrów z wysokimi sufitami, szczególnie z tym nowym pokoleniem, bo większość tych prac to duże obrazy. Wystawa w Toruniu była monumentalna — to zderzenie klasyki powojennej z nowymi, olbrzymie przestrzenie, znakomicie oświetlone, cały zespół toruński, CSW fenomenalnie. A Elektrownia ma taki czar, tajemnicę, te próżne przejścia.
Warhol, Basquiat i nowojorskie znajomości
Maja Michalak: Bardzo dziękuję za tę rozmowę.
Wojciech Fibak: Andrzej Starmach siedział w tym samym miejscu i rozmawiał z panią — Paulina mi to puściła — i z tą swoją swobodą opowiadał o Brzozowskim, o Nowosielskim, tych artystach krakowskich. Proszę pamiętać, że całe lata osiemdziesiąte i dziewięćdziesiąte nie mieszkałem w Polsce, przez dwadzieścia lat byłem w Paryżu i Nowym Jorku. Dzięki temu odwiedzałem pracownie Jaspera Johnsa, Warhola, Basquiata, a oni odwiedzali mnie. Warhol, patrząc na pracę Dobsona do Pruskiego, mówił nieśmiało: „To taki czysty pop-art”. Przyjaźniłem się z Julianem Schnablem. Uwielbiam też prace Erica Fischla — bardzo ważnego artysty nowojorskiego, którego reprezentował Rafał Jabłonka, ważny polski marszand prowadzący galerię w Kolonii, później w Szwajcarii. Tematów jest dużo, moglibyśmy kontynuować.
Maja Michalak: Dziękuję serdecznie. Do usłyszenia.
Wojciech Fibak: Dziękuję, panie Maju. Do usłyszenia.
Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.