Skorzystaj z promocji na nasze kursy i webinary!

Podcast Sztuka Poza Ramami

50 lat życia ze sztuką, czyli dlaczego kolekcjonowanie to dopiero początek?

Gość:

Piotr Voelkel

Prowadząca:

Maja Michalak

sezon VII | odcinek 6

Opis odcinka

Gościem tego odcinka jest Piotr Voelkel – przedsiębiorca, założyciel Grupy Kapitałowej VOX, współzałożyciel Uniwersytetu SWPS, ale w tej rozmowie przede wszystkim kolekcjoner i mecenas, który od ponad 50 lat żyje blisko sztuki i artystów. Rozmawiamy o początkach jego kolekcji i o tym, dlaczego z czasem samo kupowanie dzieł przestało mu wystarczać. Piotr Voelkel dzieli się historiami wieloletnich relacji z artystami m.in. Magdaleną Abakanowicz i Krystyną Jandą. Mój Gość opowiada nie tylko o tworzeniu prywatnej kolekcji, ale także o chęci i możliwości tworzenia warunków, w których może ona powstawać, trafiać do ludzi i zmieniać otaczającą nas przestrzeń. To także rozmowa o współczesnym mecenacie i wspieraniu młodych talentów, ale także o tym, dlaczego dawanie innym może być jednym z najlepszych sposobów na zbudowanie pełnowartościowego i satysfakcjonującego życia.

Transkrypcja
odcinka

Maja Michalak: Jak przez lata buduje się relacje z artystami? Jak wspiera się ich rozwój? Jak podejmuje się odpowiedzialne decyzje w kolekcjonowaniu? Moim gościem jest Piotr Voelkel — przedsiębiorca, kolekcjoner i mecenas sztuki. Od ponad 50 lat kolekcjonuje sztukę dawną i współczesną, ale równie ważne jest dla niego samo kolekcjonowanie: to, z jakimi ludźmi tworzy swoją kolekcję. Dzień dobry.

Piotr Voelkel: Witam.

Maja Michalak: Często panuje przekonanie, że osoby, które osiągnęły bardzo dużo w biznesie, dopiero potem zaczynają żyć blisko sztuki — a w pana przypadku było zupełnie inaczej, bo już na studiach był pan bardzo zaangażowany w środowisko teatralne. Czy to prawda?

Od klubu dobrej płyty do teatru

Piotr Voelkel: Tak, miałem szczęście. Najpierw w Poznaniu, a potem we Wrocławiu, bo po drodze zmieniłem miasto, w którym studiuję. W Poznaniu pracowałem w klubie Od Nowa i byłem tam takim operacyjnym szefem. Wszystko zaczęło się od tego, że miałem zamożnego przyjaciela, który miał bardzo dużo cennych płyt, kupowanych w Gdańsku od marynarzy. Uznałem, że trzeba się tymi płytami podzielić z innymi, i nikogo nie pytając o zgodę, nakleiłem własnoręcznie zrobiony plakat z informacją, że w czwartek o siedemnastej w głównej sali klubu — a klub był w akademiku damskim, bardzo dużym, piękne dziewczyny — będzie „Klub Dobrej Płyty”. Przyniosłem gramofon i płyty tego kolegi, i we dwójkę puszczaliśmy najnowsze longplaye Jimiego Hendrixa, Led Zeppelin i inne. Dzięki temu poznałem wiele pięknych kobiet, które siedziały urzeczone na fotelikach wokół sceny.

Lubiłem dzielić się tym, co uważałem za cenne — i to zaczęło się od tego Klubu Dobrej Płyty. Potem zostałem szefem klubu Od Nowa i odpowiadałem za organizację wielu imprez, koncertów, ale też dyskotek, bo dyskoteki dawały klubowi kasę na wszystkie inne artystyczne projekty. Potem przeniosłem się do Wrocławia i tam byłem prawie dwa lata szefem klubu Pałacyk — to był kultowy, międzyuczelniany klub wrocławski. Współorganizowałem festiwal Dni Muzyki Starych Mistrzów, byłem tam szefem organizacyjnym. To był bardzo duży festiwal, transmitowany przez telewizję, najważniejsze koncerty mieliśmy w przepięknej Auli Leopoldina. Współpracowałem przy festiwalu Jazz nad Odrą, poznałem przy okazji żonę Komedy i wszystkich Ptaszynów Wróblewskich, całą tę plejadę najważniejszych jazzmanów. W klubie Pałacyk był alkohol, więc przychodzili się napić wódeczki także artyści od Grotowskiego, artyści od Tomaszewskiego. Już podczas studiów kręciłem się wśród ludzi sztuki — poznałem Ewę Demarczyk, Grechutę i tak dalej.

Tuż po studiach Konrad Drzewiecki stworzył Polski Teatr Tańca i dostałem propozycję bycia szefem technicznym tego teatru, co było marzeniem. Z jednej strony to był teatr wymyślony po to, żeby jeździć po świecie — dostaliśmy paszporty i co roku było kilka tournée do Niemiec, Szwecji. Ale jeszcze ciekawsze było to, że jako szef techniczny pracowałem z projektantami kostiumów i dekoracji nad tym, żeby stworzyć spektakl. Wtedy odkryłem, że prosty inżynier może być współtwórcą pewnego zdarzenia — że moje pomysły techniczne, różne nowinki, na przykład projektory do projekcji na scenie, pozwalały robić scenografię wyświetlaną, a nie tylko namalowaną czy zbudowaną z drewna. Szczęśliwie przyszło mi współpracować z Krzysztofem Pankiewiczem, który był wybitnym wizjonerem teatru. Teatr jest miejscem, gdzie wszyscy jesteśmy zainteresowani tym, żeby po premierze było możliwie dużo braw. Byłem też inspicjentem, czyli tym, kto zarządza ruchem tego wszystkiego — muzyki, tańca, światła, dekoracji. Miałem poczucie, że tworzę spektakl, który budzi dużo emocji.

Początek kolekcji — Dürer nad kanapą

Maja Michalak: Dużo czasu minęło od tego momentu do zakupu pierwszej pracy. Czy to było świadome, że zaczyna pan kolekcję, czy raczej przypadek, intuicja?

Piotr Voelkel: Praca w teatrze, poza wszystkimi zaletami, oznaczała marną pensję — zarabiałem mniej niż żona, która pracowała w przedszkolu i w szkole. Nie byliśmy zamożni, ale wystarczyło na przykład na to, żeby będąc w Leningradzie kupić w Ermitażu kopie rycin Dürera w dużym albumie. Skupiłem wszystkie te odbitki, część oprawiłem, i Dürer wisiał nad moją kanapą. Miałem też piękny gobelin, który pełnił rolę praktyczną — oddzielał mnie od przemarzającej ściany, bo mieliśmy mieszkanie na narożniku bloku. Żeby nie przymarznąć do ściany przy łóżku, miałem gobelin, który chronił mnie przed mrozem.

Maja Michalak: Takiej historii początku kolekcji jeszcze nie słyszałam.

Piotr Voelkel: Sztuka może być wszędzie. Maria Poprzęcka napisała taką książkę, „Sztuka, chce być wszędzie”, opisuje tam wiele przypadków sztuki w przestrzeni publicznej, jak ona oddziałuje na ludzi, jak wchodzi w konteksty. Warto ją przeczytać.

Maja Michalak: A czy świadome kolekcjonowanie zaczęło się od rozmowy z Ryszardem Stanisławskim?

Piotr Voelkel: Moje kolekcjonowanie miało szansę na poważną realizację dopiero, jak pożegnałem się z Polskim Teatrem Tańca i założyłem własną firmę. Komunizm był bardzo wygodnym okresem dla biznesu, ponieważ nie było jednej rzeczy — nie było konkurencji, a rynek był nieograniczony, chłonny; wszystko, co się w miarę dobrze wyprodukowało, można było sprzedać. Tych karniszy sprzedawałem kilometry i stałem się szybko dość zamożnym człowiekiem. Mogłem kupić sobie obrazy, o których kiedyś marzyłem, przeglądając albumy czy chodząc po muzeach. Były to zakupy sentymentalne — jakiś Fałat, jakiś Chełmoński.

Szczęśliwie poznałem Ryszarda Stanisławskiego, który był przemiłym, mądrym facetem. Powiedział, że te ambicje kolekcjonerskie trzeba uporządkować. Umówiliśmy się, że będę kupował za jego radą i na podstawie jego każdorazowej decyzji — tylko sztukę dwudziestego wieku i tylko najwybitniejszych polskich twórców. Stworzył listę tych twórców, oznaczył ich pięcioma gwiazdkami, czterema, dwiema.

Maja Michalak: Mamy tę listę w archiwum. Kto miał najwięcej gwiazdek?

Piotr Voelkel: Z pewnością Nowosielski, Gierowski na pewno. Zaczęła się powolutku kolekcja, która miała najpierw taki walor, że obrazy lądowały u nas w domu. Ale szybko odkryliśmy z żoną, że to nie ma sensu, bo w mieszkaniu za chwilę nie będzie pustych ścian. Miałem dużo biur, więc część prac powiesiłem w biurach — to często była sztuka współczesna, bo jednym z moich ulubionych artystów, notabene do dzisiaj bardzo go cenię, był Mariusz Kruk. Słynne Koło Klipsa z Poznania, niezwykle odkryta na Zachodzie grupa poznańska, która narobiła sporo zamieszania w Europie, a on sam został w pewnym momencie gwiazdą documenta w Kassel — uważano to za jedno z największych odkryć polskiej współczesnej twórczości.

Kupowałem sporo jego prac i wieszałem między innymi w biurach. Najbardziej zabawne było to, że pewnego dnia mieliśmy włamanie do biur i zginęły tylko dwie wycieraczki, takie duże. Przyszli artyści — nie byli nastawieni na kradzież obrazów. Wszystkie prace, które wisiały na korytarzu, zostały, a wśród nich była taka siedząca postać, którą też zostawili. Cieszę się, że mieli taki gust, że urzekły ich tylko te wycieraczki. Z drugiej strony pracownicy, jak zmieniali miejsce pracy, domagali się, żeby pozwolić im zabrać obrazy, które wisiały gdzieś w pobliżu — jakoś się z tymi pracami zżyli.

Aula Artis i relacje z artystami

Piotr Voelkel: Wybudowałem też Aulę Artis — taką gościnną scenę, na którą zapraszałem bardzo dobre spektakle teatralne. Przyjechał teatr STU, oczywiście wiele razy Krystyna Janda, ale też wiele innych teatrów. Na te spektakle zawsze zapraszałem też moich współpracowników, bo lubiłem dzielić się tym, co mnie fascynuje. Często połowa widowni to były bilety sprzedawane na zewnątrz, a druga połowa to najbliżsi współpracownicy. Grał Tomasz Stańko — naprawdę topowe nazwiska. Aula Artis była miejscem styku ze sztuką i z ludźmi sztuki.

Zaprzyjaźniłem się też z Krysią Jandą, która zaczynała budować teatr Polonia. Zadzwonił wspólny znajomy, że ona potrzebuje desek na scenę — specjalnie pociętych, bo nie da się tego zrobić z każdej deski scenicznej. Przyjechał jej cudowny mąż, który wiedział dokładnie, jak to drewno przygotować, i w tartaku, którego byłem właścicielem, przygotowaliśmy to drewno tak, jak ma być. Do dzisiaj Krysia Janda w teatrze Polonia gra na moich deskach.

Tych relacji z artystami było dużo. Starałem się być dla nich pomocny, a z drugiej strony korzystałem, ucząc się rozumieć świat z zupełnie innej perspektywy niż moja biznesowa — widząc, jak cudownie jest robić rzeczy po raz pierwszy, nie kopiować innych. To przeniosło się na myślenie o meblach, które najpierw wykonywałem na cudze zamówienie: przyjeżdżał Niemiec, przywoził rysunki, mówił „zrób mi tysiąc takich mebli”. Później oglądałem światowe targi meblowe, próbowałem rozpoznać trend i modę, i na tej bazie tworzyłem meble uważane w Polsce za unikalne i nowoczesne. A dzięki temu spokojowi, którego nauczyłem się od artystów, zacząłem projektować meble, które sam pokazywałem na świecie i które były kopiowane. Bo prawdziwy artysta to ktoś, kto odkrywa rzeczy, których jeszcze nie było, i jego sztuka zawsze jest nowatorska.

Abakanowicz — dwie grupy rzeźb i cena wdzięczności

Maja Michalak: A czego my nie wiemy o Magdalenie Abakanowicz? Czego dowiedział się pan o niej niezwykłego, współpracując z nią? Bo trzeba podkreślić, że grupa rzeźb, która powstała w Cytadeli, była w bardzo dużym stopniu wspierana przez pana.

Piotr Voelkel: To są dwie historie, bo są dwie grupy rzeźb. Grupa „Nierozpoznani” w poznańskiej Cytadeli powstała z inicjatywy kolegi Maszewskiego, profesora Akademii Sztuk Pięknych, który niestety już nie żyje. On marzył o tym, żeby przekonać Abakanowicz i znaleźć partnera, z kim te rzeźby w Poznaniu zrealizować. Udało się nam ją poznać, przy jakiejś okazji, przy wódeczce, i namówił Magdalenę Abakanowicz, żeby przyjechała do Poznania. Okazało się, że ona marzy o dużej realizacji. Pierwotnie chciała to zrobić w brązie, ale w okolicy Poznania nie było dużej odlewni brązu, która pozwoliłaby na te sto kilkanaście odlewów. Przekonałem ją, że żeliwo jest genialnym materiałem — że rdzewieje bardzo specyficznie, tylko raz zardzewieje i potem już nie, zachowuje formę przez całe lata, a ta rdza ma wiele szlachetności. Ona się zakochała w żeliwie.

Ta grupa rzeźb powstała w odlewni w Śremie, gdzie Abakanowicz przyjeżdżała dwa razy w tygodniu — jeździliśmy razem, żeby każdą z tych rzeźb własnoręcznie przygotowała i zaformowała. Spędzaliśmy bardzo dużo czasu razem. Na wernisaż związany z otwarciem „Nierozpoznanych” w Cytadeli przyjechał minister Dąbrowski i jej przyjaciele z Marlborough Gallery, łącznie z szefem galerii — oni reprezentowali Abakanowicz na świecie i w Stanach. Przy okazji Magdalena dostała doktorat honoris causa Akademii Sztuk Pięknych w Poznaniu, otworzyliśmy też jej ekspozycję w Muzeum Narodowym, gdzie postawiła kilka rzeźb w depozyt ze swojej kolekcji.

Abakanowicz, przy wielu zaletach, miała taką słabość, że nie lubiła być wdzięczna. Wiedziała doskonale, że włożyliśmy z grupą moich współpracowników bardzo wiele pracy w to, żeby cała realizacja się powiodła. I chciała, jak tylko skończyliśmy pracę, jak najszybciej doprowadzić do konfliktu, żeby nie pozostał cień żadnej wdzięczności — żebyśmy mogli zamknąć temat w ten sposób, że się nie lubimy, mamy do siebie pretensje, nie gadamy ze sobą. Udało jej się taką awanturę wywołać i nasze relacje się zupełnie skończyły.

Nie mieliśmy kontaktu aż do momentu, kiedy zadzwonił minister Dąbrowski z pytaniem, czy mimo wszystkich tych bolesnych doświadczeń nie zrobiłbym kolejnej grupy rzeźb, tym razem do Chicago. Dostali propozycję od miasta, żeby Abakanowicz postawiła swoje rzeźby w Parku Millennium, koło pięknej hali Franka Gehry’ego. Uznałem, że wszystkie moje żale nie mają znaczenia, że trzeba machnąć na to ręką, bo to ważne, żeby w Chicago był taki znamienny polski akcent. I zaczęła się ta sama historia — znowu Śrem, odlewy, wyjazdy. Ona zawsze mówiła: „Pamiętaj, Piotr, będziemy w każdej encyklopedii jako pierwsi, bo ja się nazywam Abakanowicz, jestem zawsze pierwsza — bo A, B. I będę wszędzie pisała o tobie, bo jestem twoim wielkim dłużnikiem”. A jak skończyliśmy odlewy i była wielka feta z okazji zapakowania rzeźb do kontenerów, ona znowu zrobiła historyczną awanturę. Od tej pory już nie mieliśmy kontaktu aż do jej śmierci.

Maja Michalak: Mało ludzi umie udźwignąć wdzięczność.

Piotr Voelkel: To trudne. Wdzięczność w jakimś sensie nas upokarza, bo być komuś za coś wdzięcznym oznacza, że gdzieś nie dało się czegoś zrobić samodzielnie. Ona chciała podbić świat i wiedziała, że łatwiej to zrobić, jak się nie ma zobowiązań.

Mitoraj i przyjaźnie, które zostały

Maja Michalak: A czy spotkał się pan z artystą, który był wdzięczny?

Piotr Voelkel: Mam wiele serdecznych, przyjaznych relacji do dzisiaj. Jedna z najbardziej spektakularnych to była przyjaźń z Igorem Mitorajem. Trafił do Polski dziwnymi drogami — Aleksander Kwaśniewski, jako prezydent, pojechał do Szwajcarii, tam po oficjalnych rozmowach zaproszono go na spacer i pokazano mu dużą plenerową wystawę. Dopiero tam dowiedział się, że Mitoraj jest Polakiem, i był zaskoczony, że nikt o tym nie wie, że facet robi taką światową karierę. A Mitoraj miał wyjątkowy talent do organizowania wielkich wystaw — postawił swoje rzeźby na Forum Romanum w Rzymie, w Wenecji, w Atenach, w morzu. Sprzedawały się jak świeże bułeczki, wielu kolekcjonerów w Stanach i Europie miało jego rzeźby, a w Polsce był praktycznie nieznany i wręcz wyśmiewany — wielu krytyków uważało, że to nie sztuka, tylko plagiaty sztuki antycznej. On to bardzo przeżywał.

Na prośbę Kwaśniewskiego, za pieniądze trochę moje, trochę Jana Kulczyka, trochę Ministerstwa Kultury, zorganizowałem trzy jego ogromne wystawy — w Poznaniu na rynku, w Krakowie na rynku i w Warszawie pod Zamkiem. Bardzo się polubiliśmy, bywałem u niego w Pietrasanta i w jego rezydencji we Francji. Zamieniłem się z nim — dałem mu jedną z prac Abakanowicz, które miałem, a za to dostałem jego rzeźbę. Był niezwykle miłym, ciepłym facetem.

Myślę, że jedną z najbardziej długoletnich przyjaźni jest przyjaźń z Krysią Jandą, z którą z wielką radością spędzamy wspólnie czas, jak tylko jest szansa.

Od kolekcjonera do współtwórcy

Maja Michalak: Czy to jest największa wartość dodana kolekcjonowania i bycia w tym środowisku — że można być tak blisko tych wyjątkowych ludzi?

Piotr Voelkel: Większość tego, co robię dzisiaj, to próba bycia współtwórcą. Tak jak się zaczęło z Abakanowicz — ona beze mnie tych odlewów by nie zrobiła. Ja teraz częściej jestem współtwórcą pewnych projektów. Na przykład z Hasiorem zrealizowałem jego rzeźbę, totem w centrum Poznania. Powstała cała akcja pod hasłem „Poznań Miasto Sztuki” i co roku tworzymy w przestrzeni publicznej kolejną instalację, po której można chodzić. To ten poziom współpracy z artystami mnie interesuje.

Kolekcjonować właściwie przestałem — nie kupuję już sztuki typu obrazy, żeby wieszać. Z jednej strony dlatego, że uważam, że ta forma współpracy jest dla artystów cenna, bo realizują swoje marzenia, a moje kompetencje biznesowe, techniczne, logistyczne są dla nich wartością. Zyskuje też całe miasto — w ramach „Poznań Miasto Sztuki” powstało wiele prac, między innymi totemy Alicji Białej, które magazyn Wallpaper uznał za jedną z najciekawszych realizacji w przestrzeni publicznej na świecie.

Ta współpraca daje mi to, co najbardziej cenię: moje życie jest niezwykle ciekawe, poznaję różnych ludzi w sytuacjach, w których są na styku tego, co wiedzą, i tego, co ich zaskakuje. Jeżeli na czymś polega komfort mojego życia, to na tym, że wśród przyjaciół i znajomych jest czołówka polskich artystów z wielu dziedzin — i teatr, i muzyka, i rzeźba, i malarstwo, i grafika.

Z drugiej strony próbuję współpracować z ludźmi sztuki dla promocji wartości cennych w moim życiu. Na przykład teraz z Adamem Michnikiem, z którym się bardzo lubimy i szanujemy, ogłosiliśmy konkurs, którego celem jest, żeby młodzi ludzie w postaci grafiki, plakatu, zdjęcia albo filmu odpowiedzieli na pytanie, dlaczego wybieram demokrację, a nie dyktaturę. Uważamy, że młodzi ludzie, otumanieni swoją młodością, często nie potrafią zrozumieć wartości wolności i demokracji, dają się zwerbować do skrajnych ugrupowań. W jury tego konkursu będzie wielu wspaniałych ludzi, między innymi Anda Rottenberg, Dorota Masłowska. Najlepsze prace pokażemy w Strasburgu, a być może w przyszłym roku zrobimy z tego konkurs międzynarodowy, bo to problem całej Europy.

Edukacja i School of Form

Piotr Voelkel: Ten styk sztuki i mojej potrzeby życia w lepszym świecie łączy się w takich działaniach. Z innej perspektywy bardzo dużo energii angażuję w edukację. To zaowocowało tym, że mam szkołę podstawową i liceum oraz dwie uczelnie: jedna to Collegium Da Vinci w Poznaniu, kształci informatyków, ale też grafików, ludzi, którzy chcą kręcić filmy, zarządzać kreatywnie. No i Uniwersytet SWPS, który ma sześć kampusów — w Sopocie, Wrocławiu, Poznaniu, Warszawie, Katowicach, Krakowie — i blisko dwadzieścia tysięcy studentów. Dziekanem był między innymi profesor Bodnar. No i jest słynny School of Form, z którego jestem bardzo dumny, bo tam uczymy ludzi myśleć projektowo. Ale nie tak jak często na uczelniach artystycznych, gdzie projektant jest trochę artystą — odwrotnie, próbujemy pokazać, że ich talent i kreatywność są po to, żeby służyli ludziom.

Maja Michalak: To zaczęło się od inspiracji jedną konkretną osobą?

Piotr Voelkel: Historia jest zabawna. Wracałem z Warszawy do Poznania z bratanicą, która jest psychologiem, i opowiadała mi, jak niezwykle zaskakuje ją to, że okres w życiu dziecka od zera do trzech lat potrafi być kluczowy dla rozwoju osobowości. Zawsze myślałem, że z dziećmi zawiążę kontakt dopiero, jak zaczynają chodzić i mówić, a okazuje się, że te pierwsze tygodnie i miesiące są najważniejsze, bo wtedy w mózgu tworzą się tysiące neuropołączeń. Stworzyliśmy taki zestaw mebli, których celem było stworzenie dla dzieci przestrzeni interaktywnej. Niestety, to nie okazał się sukces rynkowy — mamy nie chciały interaktywnych łóżeczek, mówiły: „niech pan zrobi łóżko, w którym dziecko będzie spało, bo my mamy dosyć interakcji z dzieckiem”. Ale przełożenie tej wiedzy o potrzebach młodych ludzi poszło w kierunku biurek i mebli, które nazywamy hasłem „meble, które uczą zmieniać świat”.

Jestem dumny z tego, że odkryłem, że psychologia, wiedza o człowieku i antropologia mogą być inspiracją dla projektanta. Z tego myślenia powstał School of Form jako miejsce, w którym łączymy trzy kompetencje. Po pierwsze pokazujemy studentom, jak dzięki psychologii i antropologii poznawać ludzi i ich potrzeby. Po drugie są warsztaty, na których uczą się pracy z gipsem, gliną, porcelaną, drewnem, metalem, krawiectwem, wideo, sitodrukiem — żeby znać ograniczenia tych technologii, ale też nabrać pewności siebie, bo jak coś umiemy zrobić, to jesteśmy bliżej tego, żeby uwierzyć w siebie. Trzeci filar to przekonanie, że ludzi trzeba nauczyć pracy w zespole — wiele egzaminów zdaje się zespołowo, bo przyszłość projektanta to praca zespołowa. Dobrze prowadzony proces projektowy sprawia, że ten sam projektant może zaprojektować kapelusz, dywan, meble i lokomotywę — bo dobiera sobie innych ludzi do zespołu.

Kolekcja jako epizod, mecenat jako sens

Maja Michalak: Czy dla pana zespół był kluczowy w karierze biznesowej?

Piotr Voelkel: Absolutnie. Zapraszałem współpracowników na spektakle, koncerty, wystawy, a te wszystkie realizacje z Abakanowicz, Mitorajem robiliśmy razem — bardzo wielu pracowników pracowało ze mną jako wolontariusze. To budowało oddany zespół, inwestowałem w ich rozwój, a między nimi powstawały relacje cieplejsze, niż wynikałoby z bliskości biurek. Uważam, że po tej stronie moje życie jest jednym z najbardziej udanych z możliwych. Nie chciałbym sprowadzać tego tylko do roli kolekcjonera — kolekcjonowanie w tym wszystkim było epizodem.

Chociaż trzeba uczciwie powiedzieć, że gdyby nie kolekcjonerzy, nie byłoby artystów. To, że Kruk mógł funkcjonować, w części polegało na tym, że ja kupowałem jego obrazy — bez tych zakupów musiałby żyć skromniej. I to dotyczy wszystkich współczesnych artystów. W ramach „Poznań Miasto Sztuki” realizujemy teraz z Cracovią Bałką przepiękną pracę, poświęconą pamięci Rafała Zapały. Rafał Zapała zmarł niedawno na białaczkę — cudowny kompozytor, wielki facet, mistrz budowania relacji i zespołu, który tworzył muzykę z różnych światów, od bardzo nowoczesnej na Warszawską Jesień po muzykę przystępniejszą. Cały Poznań uznał, że musimy zostawić jakąś pamiątkę o nim, i Cracovia Bałka przygotowała piękną pracę, którą odsłonimy w przyszłym roku.

Inwestowanie w młodych — fundusz Talenty

Maja Michalak: Chciałabym wrócić do młodych, bo inwestowanie w młode osoby widać u pana na wielu polach — uczelnie, szkoła, granty, program stypendialny.

Piotr Voelkel: Fundusz stypendialny Talenty założyłem bardzo dawno temu i uważam, że to najlepszy projekt, jaki udało mi się zrealizować w życiu. Współpracowała przy tym cała rodzina, też żona, dzisiaj finansujemy go wspólnie. Polega na tym, że co roku dobieramy nowych stypendystów, którzy otrzymują wsparcie finansowe — ale ono jest mniej ważne niż to, że dwa razy w roku są obozy, gdzie wszystkie te talenty się spotykają. To niezwykła wspólnota osób z dziesiątków światów — lekarze, informatycy, prawnicy, artyści, muzycy. Każdy prezentuje, czym się zajmuje, często są to studenci najlepszych uniwersytetów, opowiadają o niezwykłych badaniach. A z drugiej strony budują przyjazne relacje, całe noce gadają. Kończąc ten system stypendialny, wiedzą jedno: że już nigdy nie będą sami, że mają dziesiątki przyjaciół w różnych miejscach na świecie. Zarządza tym Kasia Kolasińska, która oddała temu funduszowi całe swoje życie i jest taką matką opiekunką, do której można zadzwonić o każdej porze.

Dobrym przykładem jest Alicja Biała, absolwentka tego programu. Teraz robi piękne rzeczy — przysłała mi parę godzin temu filmik, stworzyła niezwykły odlew z brązu, który jest drzewem i człowiekiem, ma ręce. Bliska mi opowieść, że jesteśmy częścią wielkiego ekosystemu i musimy sobie przypomnieć o naszym pochodzeniu z natury, nabrać dla niej szacunku, bo jesteśmy dla niej okrutni. Wspieraliśmy jej studia w Royal College w Londynie, jednej z najlepszych uczelni plastycznych, a potem na różnych etapach kariery. Zrobiliśmy wspólnie totemy, które wyniosły ją do europejskiej ligi — zaraz potem zamówiły u niej totemy Londyn, Edynburg. Wśród talentów jest też Monika Błaszczak, niezwykła tancerka i choreografka — widziałem parę dni temu jej przepiękny spektakl „Dziady 2″ w Polskim Teatrze Tańca.

Kolekcja na uczelniach, nie w sejfie

Piotr Voelkel: Nasza kolekcja wisi w uczelniach, ale teraz jest nowy etap tego myślenia. Mamy szkoły z wydziałami grafiki, organizujemy wystawy najlepszych prac, które podróżują po kampusach, a wiele z nich zostaje na stałe w budynkach szkół. Mój pomysł na to, żeby kolekcja nie była w sejfie, tylko w uczelniach wyższych, jest optymalnym rozwiązaniem — w przeciwieństwie do Grażyny Kulczyk nie musiałem budować swojego muzeum, tylko mogłem powiesić prace w moich szkołach, które i tak są. Te korytarze stały się małymi galeriami sztuki.

Ostatnio namówiłem Jakuba Ziółkowskiego i jego żonę, żeby swoje prace w ramach depozytu powiesili w Krakowie, bo chwilę temu oddaliśmy do użytku wyremontowany, przepiękny budynek seminarium śląskiego — to dziewiętnastowieczny obiekt z rzeźbami Dunikowskiego na elewacjach, przepiękna architektura w centrum miasta. Namówiłem Jakuba, żeby te prace powiesił — po pierwsze promują jego i jego dziewczynę, po drugie studenci obcują z genialną sztuką, a po trzecie on ma więcej miejsca w magazynach, które kosztują. To pomysł do skopiowania przez innych kolekcjonerów: zamiast trzymać prace w zamkniętych magazynach, lepiej powiesić je na uczelniach, gdzie za przyzwoite pieniądze można to ubezpieczyć, są kamery, ochrona. I mieć radość, której ja doświadczam — bo przychodzą do mnie studenci i mówią: „kończę studia, ale chciałem panu podziękować przede wszystkim za to, że otworzył mi pan oczy na współczesną sztukę, której w życiu bym nie potraktował serio, gdyby nie to, że musiałem z nią obcować codziennie”.

Maja Michalak: Czyli mecenat artystyczny to bardzo duża odpowiedzialność i duży wpływ, poczucie sprawczości.

Piotr Voelkel: Tak, ale uczciwie powiem, że robię to przede wszystkim dlatego, że sprawia mi to radość. Wiem, że daję wielu ludziom sporo, ale z drugiej strony dostaję więcej — jestem osobiście beneficjentem, ja i moja rodzina. Nie traktuję tego jak udręki, którą chcę wdrożyć, bo mam wyrzuty sumienia i chcę przykryć dawne występki filantropią. Odwrotnie — filantropia jest jednym ze sposobów na to, żeby żyć ciekawie, poznawać fajnych ludzi, mieć poczucie sprawczości. Dawanie oznacza, że dostaje się więcej, niż się dało: poczucie radości, poczucie wartości. A jeszcze daje mi przekonanie, że muszę inwestować w siebie, bo dać może tylko ten, kto ma. Więc to też pretekst, żeby oglądać wystawy, poznawać ludzi, podróżować.

Marzenia, które można zrealizować

Maja Michalak: Ale w żaden sposób pan nie zwalnia — cały czas utrzymuje bardzo wysokie tempo.

Piotr Voelkel: Jestem silny jak koń i zdrowy, nie ma powodu, żeby siąść przed telewizorem z pilotem. Cieszę się, że obszarów do aktywności przybywa, jest wiele wyzwań — choćby trudne pytanie, jak będzie wyglądał uniwersytet za dziesięć, dwadzieścia lat, jak sztuczna inteligencja zmieni wszystkie formy edukacji. Jest bardzo prawdopodobne, że dostęp do wiedzy będzie nie przez wzrok czy słuch, tylko przez chipy — na razie te próby dotyczą osób niewidzących i niesłyszących, żeby dźwięk szedł prosto do mózgu. Wiele przed nami, a to są wyzwania dla uczelni, które powinny się bardzo zmieniać.

Maja Michalak: Czy po tylu zrealizowanych projektach zostały panu jakieś wielkie marzenia?

Piotr Voelkel: Mam marzenia, które da się zrealizować — nie chcę mieć takich, których się nie da, bo marzenia niemożliwe do spełnienia upokarzają, a te realizowane uskrzydlają. Jestem racjonalnym facetem, który chodzi po ziemi. Zrealizowałem dużo rzeczy, które dają mi szczęście. Kiedyś ktoś zapytał mnie, na czym polega luksus — spodziewał się, że powiem o wypasionych markach samochodów albo odrzutowcach. A ja powiedziałem, że żyję w świecie komfortu i luksusu, bo po pierwsze robię tylko to, co chcę; po drugie pracuję z ludźmi, których szanuję i lubię, i nie podejmę współpracy z kimś, kim pogardzam; po trzecie wyjeżdżam na wakacje tylko z ludźmi, których podziwiam. Podróżowałem z Krysią Jandą, wcześniej z Magdą Umer, jak jeszcze żyła. Zapraszam na te wakacje ludzi niezwykłych, którzy grają, śpiewają, tańczą, pijemy wino — jest po prostu cudownie. A ja dostaję to, co w tym komforcie najcenniejsze: szansę poznawania ludzi, o których większość moich znajomych nawet nie pomyślała, że można ich poznać. Wystarczy chcieć być pożytecznym i szukać miejsca, w którym możemy kogoś wesprzeć.

Maja Michalak: To bardzo piękne podsumowanie naszej rozmowy. Bardzo gratuluję takiego życia i zbudowania go sobie samodzielnie. Dziękuję serdecznie.

Piotr Voelkel: Dziękuję. Do usłyszenia.


Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.

Maja Michalak — historyczka sztuki, założycielka Poza Ramami

Prowadząca podcast

Maja Michalak

Historyczka sztuki, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i założycielka Poza Ramami. Opowiada o sztuce tak, żeby chciało się słuchać - bez akademickiego zadęcia, za to z pasją i ciekawostkami. Współpracuje z największymi polskimi i europejskimi instytucjami kultury. Jest autorką bestsellerowego albumu "Poza Ramami. O malarstwie". Prowadzi kursy, webinary i podcast „Sztuka Poza Ramami", w którym rozmawia z najważniejszymi postaciami świata sztuki.

Poznaj mnie bliżej →