Skorzystaj z promocji na nasze kursy i webinary!

Podcast Sztuka Poza Ramami

Jak powstają współczesne meble kolekcjonerskie?

Gościni:

Zofia Sobolewska Ursic

Prowadząca:

Maja Michalak

sezon V | odcinek 6

Opis odcinka

Gościnią tego odcinka jest Zofia Sobolewska Ursic – architektka, prowadząca Bottega Ursic, projektantka i laureatka programu “Kunszt” zainicjowanego przez rodzinę Staraków. Zofia tworzy niezwykłe meble w bardzo rzadkiej technice intarsji słomą. W tym odcinku opowiada o procesie powstawania tych obiektów, historii, która za nimi stoi oraz swojej drodze do wyspecjalizowania się w tej technice. Moja Gościni dzieli się także swoimi wrażeniami z największych targów designu Salone del Mobile, na których była jedną z reprezentantek Polski.

Transkrypcja
odcinka

Maja Michalak: Dzisiejszy odcinek będzie poświęcony sztuce designu. Będziemy w nim rozmawiać o Salone del Mobile w Mediolanie czy o targach NOMAD w Szwajcarii, ale przede wszystkim o współczesnym polskim designie oraz kulisach powstawania mebli kolekcjonerskich. Do rozmowy zaprosiłam Zofię Sobolewską-Ursic — architektkę prowadzącą pracownię Botēka Ursic, wyróżnioną w rankingu AD100 najlepszych architektów w Polsce, a jednocześnie projektantkę wyjątkowych obiektów, takich jak serwantka intarsjowana słomą, która została nagrodzona główną nagrodą w programie Kunszt, zainicjowanym przez Fundację Rodziny Staraków. Cześć, Zosiu.

Zofia Sobolewska Ursic: Cześć, Maju.

Maja Michalak: Ogromnie miło mi cię gościć. Nie ukrywam, że kiedy po raz pierwszy zobaczyłam twoją serwantkę, byłam totalnie oszołomiona, szczególnie kiedy dowiedziałam się, że jest intarsjowana słomą. Czy możesz opowiedzieć więcej, skąd ten pomysł, jak się do tego przygotowywałaś i jak wygląda cały proces powstawania tak wyjątkowego mebla schowkowego?

Mebel na granicy funkcji i sztuki

Zofia Sobolewska Ursic: Zaraz o wszystkim opowiem, ale na początku ci podziękuję, że mogę z tobą porozmawiać — bardzo mi miło. Ten mebel ma tak dużo historii, że nie wiem, czy mogę go nazywać meblem, czy bardziej obiektem. On de facto wywodzi się z funkcji, ale krąży gdzieś między funkcją a sztuką. To jest dla mnie uskrzydlające — łączy różne osobowości, które we mnie drzemią.

Powstał tak naprawdę na fali wspaniałego konkursu w ramach programu Kunszt, który wspiera i promuje polskich artystów rzemieślników i działa pod Fundacją Rodziny Staraków. Ta fundacja od kilku lat zauważa, że na polskim rynku — a na świecie od co najmniej kilkunastu lat — bardzo rozwija się dziedzina tak zwanego designu kolekcjonerskiego. To hybryda między sztuką użytkową a sztuką wyższą: pozwala tej sztuce użytkowej na eksperymenty dużo dalej sięgające niż prostota funkcji, a z kolei tę sztukę wysoką przybliża użytkownikowi, trochę oswaja, czyni bardziej dostępną.

Nauka intarsji ze słomy w Paryżu

Zofia Sobolewska Ursic: Gdy zobaczyłam ogłoszenie o konkursie, byłam akurat w Paryżu, w trakcie kolejnych warsztatów intarsji ze słomy w atelier Lison de Caunes. To pani, która jest wnuczką André Groulta — jednego z najwybitniejszych projektantów epoki art déco we Francji, który niektóre meble tworzył także w technice intarsji ze słomy. To nie on ją odkrył — ona sięga korzeniami dużo dalej, nawet do baroku — ale on ją oswoił w meblach, a Lison de Caunes, grande dame intarsji ze słomy, wraz ze swoim zespołem ją popularyzuje.

Ja lata temu wypatrzyłam efekty tej techniki gdzieś na Instagramie i kompletnie nie wiedziałam, z czym to się miesza i co to do końca jest — ale wiedziałam, że chcę się tego nauczyć. W mojej twórczości bardzo lubię uczyć się pracy w danym materiale, w którym projektuję. Ściśle współpracuję z kamieniarzami, stolarzami, ślusarzami, ale lubię też sama pracować z materiałem — ta wiedza pozwala mi na głębszą eksplorację i otwiera głowę projektową. Może dlatego, że nie jestem rzemieślnikiem z wykształcenia, tylko architektem. Gdybym była rzemieślnikiem po kilkudziesięciu latach pracy w danym materiale, znałabym dużo więcej jego ograniczeń, i moja wyobraźnia może byłaby bardziej wycofana.

Maja Michalak: Łatwo było dostać się do Paryża na szkolenie?

Zofia Sobolewska Ursic: Czekałam dwa lata. To było długie. Myślałam, że wyślę portfolio, dostosujemy terminy i niedługo zjawię się w Paryżu. Nie chciałabym zabrzmieć zbyt mało pokornie, bo pokory mam w sobie bardzo dużo, ale wydawało mi się, że ktoś ze świata twórczego będzie miał trochę bardziej uchyloną furtkę do tego atelier. Pomyliłam się — i to była pierwsza lekcja pokory. Kolejnych będę miała jeszcze bardzo dużo, później w pracy ze słomą, która jest równie wymagająca. To dama, która nie przystosowała się do współczesnego pędu — i to jest w niej super, bo stopuje przed podejściem, że wszystko jest na już.

Słoma z Burgundii

Maja Michalak: Czy to prawda, że do wykonania mebla musiałaś sprowadzać słomę z zagranicy, bo polska nie była odpowiednia ze względu na rozmieszczenie kolanek?

Zofia Sobolewska Ursic: Nie wiem, czy tylko z tego względu, ale rzeczywiście sprowadzam słomę z Burgundii, od tego samego pana, od którego korzysta też atelier. Ta słoma jest inna. Próbowałam sprowadzać naszą, z Siemiatycz — i tu też miałam ciekawą historię, bo tę samą słomę żytnią, wcześniej wyczesaną, sprowadził Teatr imienia Słowackiego do Krakowa, żeby stworzyć słynne chochoły. Śmiałam się, że ten Kraków ściąga tę słomę do siebie. Byłam przekonana, że skoro to słoma żytnia, sama sobie z nią poradzę i oczyszczę ją — a okazało się, że nie. Nie wiem, czy to kwestia kolanek, rzadziej rozmieszczonych w słomie francuskiej, czy to starsza odmiana. One pojawiają się w momencie załamania pogody, więc może klimat francuski jest bardziej stabilny. Mimo że mieszkam i pracuję w Polsce, tę słomę sprowadzam z Francji.

Jak wygląda proces

Maja Michalak: Czy mogłabyś pokrótce powiedzieć, jak wygląda proces? Myślę, że większość osób, widząc twoje dzieła po raz pierwszy, nigdy nie pomyślałaby, że materiałem jest słoma — bo wygląda to bardzo szlachetnie i na pierwszy rzut oka nie przypomina słomy.

Zofia Sobolewska Ursic: To prawda, i ten efekt tak bardzo mnie przyciągnął do nauki tego surowca. Słoma jest naturalnie pokryta woskiem. Ten wosk jest funkcjonalny — jest wodoodporny, przecież dachy do tej pory kryje się strzechą z tej samej słomy i woda po wosku ścieka. W przypadku intarsji ze słomy każde źdźbło jest przeze mnie uprzednio otwarte i wyprasowane specjalnym drewnianym narzędziem. Słoma jest wtedy prościutka i gładka w dotyku, a wosk pozostaje i dzięki niemu uzyskuje niezwykły efekt zabawy ze światłem — jest połyskująca. Surowiec, który pochodzi prosto z pól, po wyprasowaniu, zestawieniu, przyklejeniu na powierzchni i ułożeniu we wzory tak pięknie gra ze światłem, że dostaje ten efekt szlachetności.

Maja Michalak: A w jaki sposób barwisz tę słomę? Powstały już dwa twoje meble intarsjowane słomą — jeden burgundowy, drugi bardziej zielony, stalowy.

Zofia Sobolewska Ursic: Mam dwa źródła pracy z kolorem. Część słomy sprowadzam już barwioną, bezpośrednio z Burgundii — Jean-Luc opracował metody barwienia barwnikami stosowanymi w przemyśle odzieżowym. Ale nie byłabym sobą, gdybym nie chciała iść dalej i opracować własnej palety. Z tym tematem zwróciłam się do Oli Bystrej z pracowni Dzikie Barwy, która jest chyba największą specjalistką w naszym kraju od barwienia naturalnymi barwnikami. Ola dotychczas barwiła naturalne włókna — jedwab, bawełnę, len — a ponieważ słoma też jest naturalnym włóknem, miałam nadzieję, że zgodzi się opracować ze mną paletę kolorów. Dzięki pracowni Dzikie Barwy uzyskaliśmy niezwykłą paletę burgundów i malinowych odcieni.

Barwienie słomy, zwłaszcza naturalne, jest bardzo trudne, bo przez wosk słoma trudniej się barwi — wosk nie przepuszcza pewnych barwników. Poza tym słoma nie jest naturalnie biała, tylko żółta, więc ciężko uzyskać kolory zimne; żółty odcień zawsze jest domieszką. Nie mogę zdradzić receptur, to tajemnica Oli. To ciekawa zabawa, która wymaga bardzo dużo cierpliwości. Każde źdźbło musi być otwarte, wyprasowane i zestawione — a po otwarciu ma około centymetra szerokości, więc gdy powstaje mebel wysoki na 150 centymetrów, to ogrom pracy.

Malarstwo w słomie

Zofia Sobolewska Ursic: Cała moja twórczość polega na odnajdywaniu pewnego rodzaju malarstwa w słomie. Widzę, jakie ma możliwości, gdy zestawia się ją geometrycznie — wtedy najłatwiej wypatrzyć tę grę świateł — ale w momencie, kiedy wprowadzam miękkie formy, przełamuję utarte szlaki pracy ze słomą. To coś, czego rzeczywiście nie było.

Maja Michalak: Użyłaś słowa „malarskie” — i wątków malarskich rzeczywiście możemy doszukiwać się w twoich pracach, konkretniej nawiązania do jednego z najsłynniejszych artystów krakowskich, czyli Wyspiańskiego. Co było bezpośrednią inspiracją? Bo wydaje mi się, że jest takie miejsce w Krakowie, gdzie możemy dostrzec podobieństwo między bratkami.

Wyspiański i kościół Franciszkanów

Zofia Sobolewska Ursic: Tak, o to chodziło. To mój ulubiony kościół — kościół Franciszkanów, w którym Wyspiański zaprojektował polichromie. Przemycał w nich polne kwiaty, bo był w nich zakochany. Stawiał je co najmniej na równi z tymi, które — jak pisał do swojego przyjaciela Rydla — zdobią wianek na głowie mieszczańskich panien. Wyciągał te kwiaty z przydrożnych rowów, z wiejskich ogródków, i przenosił je na ściany kościoła Franciszkanów.

Konkurs Kunszt w swoim założeniu miał czerpać z ludowości i opierać się na rzemiośle artystycznym. Będąc już zafascynowana pracą w słomie, wiedziałam, że muszę czerpać z ludowości — więc słoma automatycznie wyszła na pierwszy plan. Chciałam stworzyć obiekt pełen kontrastów, ale kontrastów w rozmowie, a nie w kłótni. Naturalnie jako inspiracja przyszedł do głowy Wyspiański, bo on łączył ludowość z mieszczaństwem jak nikt inny. Byłam wtedy po serii spektakli — oglądałam „Wesele” w Teatrze Słowackiego, które serdecznie polecam, jak i „Wyspiański umiera” — więc tego Wyspiańskiego było wokół mnie bardzo dużo. A od dziecka bardzo lubiłam jego polichromie z kościoła Franciszkanów.

Zabawna historia: Wyspiański, zaangażowany wówczas do konkursu na wnętrze kościoła, był w drodze do Paryża, do którego nie dotarł ze względów finansowych. Poprzez udział w tym projekcie zarabiał pieniądze na to, żeby do Paryża dotrzeć — więc ten Paryż z Krakowem bardzo mi się wielowymiarowo łączył.

Maja Michalak: Wspomniałaś o bratkach — one są głównym motywem na froncie obiektu.

Zofia Sobolewska Ursic: Wybór był praktyczny, bo moimi ulubionymi kwiatami z tych polichromii są nasturcje, ale uznałam, że bratki najlepiej zaprezentują się w technice intarsji ze słomy. Poza tym miały w sobie surrealistyczny element, który później podbiłam — wydobyłam w kwiatach pewnego rodzaju oczy, które pociągnęły za sobą kolejne ludzkie elementy, bo w intarsjowanym obrazie pojawiają się też dłonie.

NOMAD w Sankt Moritz

Maja Michalak: Od razu po zobaczeniu twojego mebla dodałam go na Instagram i przyjął się z bardzo radosną, pozytywną reakcją obserwujących. Bardzo mnie ciekawi, jak przyjął się w Szwajcarii i w Mediolanie. Możemy zacząć od NOMAD, czyli targów, które w tym roku w lutym odbywały się w Sankt Moritz — wzięłaś w nich udział dzięki galerii Craftica.

Zofia Sobolewska Ursic: Dokładnie tak. Cały ten projekt pogalopował niesamowicie szybko i daleko, jestem z niego ogromnie dumna. Jestem też wdzięczna osobie, która we mnie bardzo uwierzyła — pani Annie Woźniak-Starak, założycielce galerii Craftica. Wiedziałam, że mój obiekt musi zostać świetnie zrobiony nie tylko po to, żeby zaprezentować się w finale konkursu, ale też dlatego, że miałam już świadomość, że pojedzie do Szwajcarii. To było mocno stresujące, ale też mobilizujące.

Artysta najpierw konfrontuje się sam ze sobą, a ja jestem bardzo wymagająca. Mało moich projektów w ogóle ogląda światło dzienne. NOMAD w Sankt Moritz to jedno z najważniejszych wydarzeń w kalendarzu designu kolekcjonerskiego, a publiczność jest wyedukowana, świadoma, obyta, kolekcjonująca. Bardzo się stresowałam, ale okazało się, że niesłusznie — odbiór był niezwykły. Największym uznaniem były dla mnie rozmowy z innymi artystami, których prace znam od lat, reprezentowanymi przez znane galerie. Przychodzili do naszej przestrzeni, oglądali obiekt, rozmawiali ze mną, przebijali żółwiki — to było uznanie osób, które podziwiam.

Salone del Mobile w Mediolanie

Maja Michalak: Po Szwajcarii musiałaś od razu przygotowywać drugi mebel do Mediolanu?

Zofia Sobolewska Ursic: Tak, zaraz po powrocie, i było szalenie mało czasu. Obiekt schowkowy powstawał wiele miesięcy — intarsja stanowiła jakieś 70 procent obiektu, pozostała część to drewno i frędzle z naturalnej słomy. W tym obiekcie intarsjowane były front, boki i tył, a to zajmuje bardzo dużo czasu. Nie pracuję nad tym sama — gdybym była sama, taki obiekt zająłby mi jakieś osiem, dziewięć miesięcy pracy. To za długo jak na dzisiejsze czasy, ale mimo wszystko pracuję w duchu slow. Mam dwie fantastyczne dziewczyny, które ze mną tworzą.

Obiekt schowkowy został sprzedany w Szwajcarii, więc do Mediolanu jechał już inny. Tematem, który podjęłam, była szafa — coś jeszcze większego. Tym razem intarsja pojawiła się na froncie i z tyłu, ale nie pokrywając całej tylnej tafli, tylko w postaci małego obrazka, który pojawił się już w serwantce. Ten motyw stał się trochę moim podpisem: mimo że to meble, które z zasady przylegają do ściany, mają z tyłu sekretny obrazek. Można je wyeksponować w przestrzeni pokoju i obchodzić naokoło, a jeśli zostaną przysunięte do ściany, właściciel wie, że jest tam mały obrazek tylko dla niego.

W szafie odeszłam trochę od Wyspiańskiego — nie chciałam opierać się tylko na nim. Pozostałam przy temacie kwiatów, ale tym razem pokazywałam ich cykl życia. Ta szafa ma w środku takie serce, specjalną wnękę, wokół której pokazane jest życie i przemijanie: od korzeni, poprzez powstające liście, pąki kwiatów, które się rozwijają, a na końcu więdną.

Polski design w Mediolanie

Maja Michalak: Zbliżając się do końca — podziel się spostrzeżeniami po Salone del Mobile w Mediolanie, bo wiem, że w tym roku polska sztuka zachwyciła nie tylko za sprawą Fundacji Wisteria, ale także waszej prezentacji, galerii Craftica.

Zofia Sobolewska Ursic: To prawda, obecność Polaków była bardzo istotna. Byłam tak strasznie dumna — nie tylko dlatego, że miałam swoją pracę w Mediolanie, co jest dla mnie zaszczytem, ale po raz pierwszy czułam ten gigantyczny silnik w postaci dwóch istotnych wystaw, ale też kilku mniejszych projektów prowadzonych przez Polaków. Była przepiękna wystawa Fundacji Wisteria w obłędnym pałacu, ze świetną scenografią Zuzy Paradowskiej. Była obecność Marcina Rusaka, była Craftica w Rossana Orlandi — w miejscach, które trudno przeoczyć na mapie tych targów.

W tym momencie przestałam mieć poczucie, które towarzyszyło mi od zawsze — takiego wycofania względem Zachodu, że może wiem, co robię i jak tworzę, ale z zasady czułam się trochę gorsza. Widząc prace wszystkich tych wspaniałych artystów z Polski, to, jak bardzo są wspierane i świetnie pokazywane, i porównując je z pracami zagranicznymi oraz ekspozycją innych galerii w Mediolanie, poczułam się nie tylko na równi, ale wręcz dumna, że to my, Polacy, potrafimy tworzyć takie rzeczy i tak pięknie je prezentować.

Maja Michalak: Mnóstwo takich wydarzeń przed nami. Zaobserwowałam, że jest coraz większa moda i coraz więcej przestrzeni na traktowanie designu na równi z malarstwem, rzeźbą czy innymi formami sztuki. Mam nadzieję, że takich okazji do dumy będzie jeszcze bardzo dużo. A tobie, Zosiu, serdecznie dziękuję za dzisiejszą rozmowę. Wam polecam śledzić działania Zosi i oglądać te dzieła, bo są naprawdę zachwycające.

Zofia Sobolewska Ursic: Dziękuję, Maju, bardzo.


Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.

Maja Michalak — historyczka sztuki, założycielka Poza Ramami

Prowadząca podcast

Maja Michalak

Historyczka sztuki, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i założycielka Poza Ramami. Opowiada o sztuce tak, żeby chciało się słuchać - bez akademickiego zadęcia, za to z pasją i ciekawostkami. Współpracuje z największymi polskimi i europejskimi instytucjami kultury. Jest autorką bestsellerowego albumu "Poza Ramami. O malarstwie". Prowadzi kursy, webinary i podcast „Sztuka Poza Ramami", w którym rozmawia z najważniejszymi postaciami świata sztuki.

Poznaj mnie bliżej →