Maja Michalak: Dzień dobry, Kamilo.
Kamila Bondar: Dzień dobry. Bardzo dziękuję za zaproszenie.
Maja Michalak: Mnie również jest szalenie miło, bo nie ukrywam, że od chyba czterech lat myślałam o rozmowie z tobą. Cieszę się z niej jeszcze bardziej, że nastąpiła akurat w tym momencie, bo mamy jeszcze więcej wątków do rozmowy. Nie tylko będziemy mówić o tym, jak powstaje kolekcja korporacyjna, co dla mnie jest szalenie ciekawe, ale też o wszystkich nowych wątkach, które pojawiły się w twojej twórczości zawodowej. A tych wątków jest zdecydowanie wiele. Moje pierwsze pytanie, bardzo podstawowe: po co sztuka firmom? Po co budowanie kolekcji korporacji?
Po co firmom sztuka? Kolekcje korporacyjne w praktyce
Kamila Bondar: No słuchaj, statystyki czy doświadczenie pokazują, że firmy najczęściej decydują się na budowanie kolekcji z takich prozaicznych powodów. Chcą dekorować swoje biura, chcą budować jakiś prestiż oparty o kolekcję, albo po prostu — i to jest bardzo częste — ktoś z osób zarządzających, prezes albo ktoś z zarządu, jest po prostu zapalonym kolekcjonerem sztuki i chce się tym dzielić z pracownikami, z klientami. Tak wynika z różnych dokumentów i moich osobistych doświadczeń.
Natomiast, co ciekawe, w przypadku ING było zupełnie inaczej. Może częściowo tym impulsem do tego, żeby rozpocząć kolekcjonowanie — a to było już prawie 26 lat temu — było powstanie nowego budynku, który należał do grupy, na placu Trzech Krzyży. Historia jest taka, że osoba, która za to odpowiadała, mogła wypożyczyć pracę z międzynarodowej kolekcji, którą ING prowadzi i zarządza w Amsterdamie, ale jednak zdecydowała się zaproponować pozostałym spółkom i osobom zarządzającym, żeby zacząć tworzyć coś tutaj.
Za tym stały dwie przyczyny. Pierwsza jest taka, że w latach poprzedzających ten moment Zachęta zwróciła się do ING z propozycją współfinansowania wystawy grupy CoBrA. Drugi powód był taki, że ta osoba myślała, że tutaj, w Warszawie i w Polsce w ogóle, powstaje nowa scena, że coś interesującego zaczyna się dziać i że być może taka kolekcja będzie rodzajem wsparcia i stymulacji dla sceny, dla rynku — bo wtedy nikt nie kolekcjonował w Polsce.
Wtedy galerie, fundacje, galeria Foksal, czy zaraz później Raster, dopiero zaczynały jeździć na targi i te prace trafiały do osób za granicą. Bardzo mało było osób interesujących się sztuką. Co ciekawe, wtedy instytucje publiczne też jeszcze nie miały tych swoich programów, które wspierały zakup prac do kolekcji narodowych, czyli muzealnych — to się stało dopiero po 2005 roku.
Kolekcja jako mecenat, nie branding
Kamila Bondar: Myślę, że kolekcja po pierwsze jest dalej wyrazem wsparcia dla środowiska. Może już nie takiego rozumianego jako element CSR-u, bo to ma już bardzo szczegółowe definicje i my gdzieś jesteśmy obok. Ale jest rodzajem mecenatu, bo w ING fakt tego, że kolekcjonujemy sztukę, nie jest bardzo wykorzystywany jako element brandingu i reklamy.
Od początku był pozycjonowany jako mecenat. Wyraża się to też tym, że powstała Fundacja — miał powstać profesjonalny podmiot, który będzie się tą kolekcją zajmował. Wymyślono też prawie na początku, jaki będzie ewentualny koniec tej działalności, czyli że kolekcja kiedyś w przyszłości ma trafić do zbiorów Zachęty. Podpisano umowy. To wpływa na to, jak ona jest postrzegana na co dzień, i na to, jakie prace wybieramy do kolekcji, bo chcemy, żeby ten zbiór był komplementarny.
Taka instytucja jak Zachęta bardzo nas mobilizuje i sprawia, że chcemy, żeby to był zbiór klasy muzealnej. Oprócz tego jest codzienność — wszystkie prace są prezentowane albo w naszej siedzibie fundacyjnej na placu Unii, gdzie jest duża ekspozycja około 120 prac, albo w różnych biurach i siedzibach spółek grupy ING. To są miejsca niemuzealne, a my musimy im zapewnić bezpieczeństwo i dobre warunki, żeby te prace przetrwały w dobrym stanie przez kolejne — zakładamy — setki lat.
Maja Michalak: Życzę wam tego serdecznie. Chciałabym wrócić do tego, że nie tylko jesteście pionierami, ale też jedną z niewielu fundacji — a w mojej głowie chyba pierwszą, która zawsze przychodzi mi do głowy — która tak bardzo świadomie buduje te kolekcje. Wszystkie działania są dokładnie przemyślane, nie ma tam nic przypadkowego. Bardzo mocno liczycie się z tym, co mówi środowisko, i nie działacie jako oddzielna instytucja, która sama wie najlepiej. Współpraca z Zachętą, z artystami, z galeriami — wszystko jest doskonale zaprojektowane. Czy od początku Fundacja miała mieć tak szerokie pole działania?
Kamila Bondar: Słuchaj, w dokumentach założycielskich jest taki zapis, który niedawno odnalazłam — i było nam miło, bo spotkałam osoby, które zakładały fundację. Założenie było takie, żeby rzeczywiście zbudować pozycję tego zbioru i poprzez różne działania sprawić, żeby artyści czuli, że zaproszenie do kolekcji jest jakimś krokiem milowym, ukoronowaniem pewnego etapu ich zawodowego rozwoju. Myślę, że tak się stało, bo coraz częściej — oprócz ważnych nagród — wymieniają w swoich biogramach, że ich prace są w naszej kolekcji. To jest dla mnie powodem do dumy i elementem, który potwierdza, że to się stało.
Nasze działania poszerzyły się, mimo że jesteśmy niewielkim podmiotem — jest nas właściwie czworo w zespole, jedna osoba na pół etatu. Nie mam jakiegoś szalonego budżetu, ale rzeczywiście udaje nam się robić dużo, również poprzez konsekwencję i bardzo staranne zaplanowanie tych działań.
Wsparcie artystów i projekt „Artysta zawodowiec”
Kamila Bondar: Zaczęliśmy myśleć o tym, jak promować sam fakt istnienia kolekcji i jak budować dalej jej kształt. Robimy to poprzez wypożyczanie prac na wystawy, sami robiliśmy wystawy, ale ważna jest też współpraca z Warsaw Gallery Weekend. Od jakichś dziesięciu, jedenastu lat w ramach Warsaw Gallery Weekend przyznajemy nagrodę. Jedna nagroda to zakup do kolekcji — staramy się, żeby był znaczący i odczuwalny. Druga to nagroda pieniężna, która pozwala nam wyróżnić coś ciekawego, co dzieje się w ramach wydarzenia, a co nie mogłoby być zakupem do kolekcji, bo na przykład jest to działanie bardzo młodego kolektywu albo praca, o którą nie moglibyśmy odpowiednio zadbać.
Tak było w pierwszej edycji, kiedy Diana Lelonek zrobiła świetny projekt, w którym zbierała różne śmieci w lesie, na których pojawiła się roślinność — jako dowód na to, że przyroda radzi sobie w różnych warunkach. Przechowywanie tych artefaktów wymagało specjalnej szklarni i nie mogliśmy tego kupić, więc dostała po prostu nagrodę za ten świetny projekt.
Później doszły publikacje związane z tym, że czuliśmy, że wsparcie artystów polega również na opowiadaniu o sztuce albo o kolekcjonowaniu sztuki. Dziś może się wydawać, że rynek sztuki po prostu istnieje, jest dużo podmiotów, dużo ludzi się interesuje i kupuje sztukę. Ale przed pandemią to było wciąż wąskie grono osób, które się znały, i trudno było mówić o jakimś wielkim rynku. Bardzo się cieszę, że dzisiaj to się zmienia.
Prawie równolegle pojawił się projekt Artysta zawodowiec, który wziął się z refleksji nad tym, co możemy zrobić dla najmłodszych. To, co dzieje się wokół kolekcji, trochę wykluczało grupę najmłodszych stażem — bo to nie zawsze są studenci, to mogą być starsze osoby, ale w początkowej fazie swojego artystycznego rozwoju. Nie trafią na tym etapie do naszej kolekcji, bo mamy zasadę, że każdy artysta trafia do kolekcji raz. To zazwyczaj jest kilka prac, czasem jedna, ale już później nie wracamy do tej osoby — kolekcja rozwija się o kolejne prace i nazwiska.
Maja Michalak: A czy to było kiedyś dla ciebie ograniczające?
Kamila Bondar: Pytasz o coś, co bywało frustrujące momentami. Są pojedyncze prace, które chętnie bym zamieniła na inne. Czasami ktoś robi coś ciekawego i chciałoby się dalej kupować, żeby ten zbiór był pełny. Ale muszę się liczyć i szanuję to, w jaki sposób ta kolekcja została ukształtowana — że ona w jakimś sensie opowiada o kolejnych pokoleniach i nurtach, o tym, co działo się na pewnym etapie. Idziemy dalej i na szczęście zawsze jest coś ciekawego.
Maja Michalak: Czy był moment, kiedy żałowałaś, że czegoś nie udało się włączyć do kolekcji?
Kamila Bondar: Tak, i wiąże się to z praktycznymi aspektami. Są prace bardzo duże, wieloelementowe albo wymagające specjalnych warunków, i wtedy musimy być rozsądni. Taką pracą, którą udało się kupić później — bo pojawiły się możliwości eksponowania — był „Ogród zimowy” Daniela Rycharskiego. Ta praca była pokazywana w ramach wystawy kolekcji w 2019 roku w Muzeum Śląskim. Marek Pokorny, czeski kurator, zrobił tę wystawę i zaprosił troje artystów, żeby włączyli swoje prace, które nie były częścią kolekcji. „Ogród zimowy” Rycharskiego był na tej wystawie, ja myślałam sobie: co za wspaniała praca, kupmy ją. Ale nie wtedy — nie mieliśmy jeszcze przestrzeni, w której mogłaby być eksponowana, a nie kupujemy do magazynu. Kupujemy po to, żeby prace żyły i funkcjonowały wśród ludzi. To wszystko zmieniło się, kiedy pojawiły się duże przestrzenie na pierwszym piętrze na placu Unii i w innych siedzibach. Teraz jest raczej sytuacja odwrotna — wszyscy chcieliby, żebyśmy kupowali więcej i szybciej.
Maja Michalak: Czy macie ograniczenia, jeśli chodzi o ilość prac kupowanych w roku?
Kamila Bondar: Zazwyczaj jest to od kilku do kilkunastu prac, najczęściej kilkanaście. To jest ograniczone budżetem, który oczywiście rośnie z roku na rok, ale rosną też ceny na rynku sztuki, więc per saldo wychodzi na to, że kupujemy podobnie. Może zaczniemy trochę więcej, zobaczymy.
Sztuka w przestrzeni korporacyjnej – anegdoty
Maja Michalak: Chciałabym wrócić do przestrzeni na placu Unii, która jest ogólnodostępna, bo jest tam kawiarnia. Czy przebywając tam, zdarza ci się słyszeć rozmowy o sztuce — osób z zewnątrz albo pracowników?
Kamila Bondar: Tak, to się zdarza. Nawet zanim powstał plac Unii, robiłam sobie spacery po piętrach i zazwyczaj, nawet jeśli czegoś nie podsłuchałam, sama obecność skłaniała pracowników do tego, żeby się czymś podzielić. To są bardzo różne historie. Z jednej strony często mnie zadziwia, że ludzie są bardzo wrażliwi — i to wcale nie wymaga wielkiej edukacji — po prostu bardzo emocjonalnie reagują na prace, które im się z czymś kojarzą. Druga rzecz: odbiór może być skrajnie różny i bardzo wynika z osobistych doświadczeń tego, kto patrzy, z tego, co ma w danym momencie w głowie.
Bardzo lubię te rozmowy i kontakt z ludźmi w roli osoby, która dzieli się tym, co ma do powiedzenia o pracach, albo historiami od artystów. Wydaje mi się, że to jest ważne — czasami ten kontekst, na który nie zawsze jest czas i miejsce w muzeum. Wystarczy czasem wnieść parę faktów, opowiedzieć, kim jest artysta, w jakim okresie praca powstała, w jakim świecie funkcjonował, w jakim momencie życia był — i ludzie natychmiast to rozumieją. Nie trzeba nadto interpretować i tłumaczyć. Jestem rzeczniczką tego, żeby budować kontekst dla prac, ale nie popadać w dydaktyzm i mówienie ludziom, co mają czuć.
Maja Michalak: Widzisz, że pracownicy nie tylko żyją z tą kolekcją, ale też się nią interesują — co się dzieje dalej, gdzie prace będą przedstawiane. Czy protestują, jak się zabiera pracę z przestrzeni, w której na co dzień pracują?
Kamila Bondar: O tak, protestują. Często protestują. Pomaga to, o czym mówiłam — że kolekcja ma profil publiczny, ale jest nasza, w sensie ING, i pracownicy się z nią identyfikują. Jak jest zapytanie z jakiegoś muzeum i praca ma gdzieś pojechać, to nie ma dyskusji. Ale pamiętam sytuacje, kiedy praca Pawła Kowalewskiego, tak zwana „Marchewka”, zmieniła piętro, i pracownicy chodzili ją odwiedzać. Pamiętam też, że pewna osoba siedziała przy obrazie Piotra Janasa i była z nim związana, ale zaszła w ciążę i nagle ta praca zaczęła na nią działać w intensywny sposób — przy dużej wyobraźni można tam zobaczyć rozrywane fragmenty ciała. Powiedziała: słuchaj, ta praca teraz tak na mnie działa, że nie mogę siedzieć w jej towarzystwie. Musieliśmy zmienić miejsce.
Moją ulubioną historią jest ta o obrazach Jadwigi Sawickiej, które zostały wybrane tak, żeby komentowały życie ludzi korporacji. To charakterystyczne dla Sawickiej płótna — różowe, z czarnymi napisami, zawsze bardzo zakorzenione w rzeczywistości, w codziennych, ważnych sprawach. Hasła, które kupiliśmy do kolekcji, to „pragnienie sukcesu” i „zero przyjemności”. Po przeprowadzce zostały umieszczone na piętrze, na którym jeszcze nikt nie wiedział, co się będzie działo — a okazało się, że tam miał być dział HR i odbywały się rozmowy rekrutacyjne. Koleżanki najpierw zaprotestowały: przecież przyjdą ludzie, a tutaj takie hasła. Powiedziano im, że mogą zmienić miejsce, ale już po pierwszych paru rozmowach rekrutacyjnych stwierdziły: nie, to musi tu zostać, to wspaniale działa. Ludzie natychmiast zaczynają to komentować i mówią o sobie dużo więcej. W ten sposób, niezaplanowanie, sztuka z kolekcji stała się poniekąd narzędziem rekrutacyjnym.
Projekt „Artysta zawodowiec” i błędy młodych artystów
Maja Michalak: Chciałabym przejść do projektu Artysta zawodowiec, bo moim zdaniem jest jednym z najbardziej potrzebnych na polskim rynku sztuki. Artyści bardzo często po studiach zostają zupełnie sami, bez narzędzi do tego, jak poruszać się po rynku. Czy po dziesięciu latach od wprowadzenia projektu widzisz zmiany w artystach, którzy do niego przystępują?
Kamila Bondar: Ciekawe pytanie. Na pewno spotykam osoby, które mówią mi, kiedy i w czym ten projekt bardzo im pomógł, i to jest super. Wiele osób bierze udział w niemal każdej edycji, dlatego że nie powtarzamy tego samego programu — rozbudowujemy go o nowe wątki. Rzeczywistość i otoczenie się zmieniają, więc nawet powtarzając temat współpracy z galeriami czy sprzedaży prac — to jest ulubiony wątek — ta odpowiedź może być za każdym razem inna.
Wydaje mi się, że osoby, które rozpoczynają, są zaraz po studiach albo jeszcze na studiach, to mimo dostępności internetu i tego, że wszystko wydaje się takie dostępne, są w podobny sposób bezbronne i czasem zaszokowane tym, jak to wszystko wygląda. Mają w głowie dużo ideałów i wyobrażenie, że będą tworzyć, a wszystko samo się stanie — ktoś przyjdzie i doceni. A to się tak automatycznie nie dzieje i jest bardzo trudne. Kolejne pokolenia nie są wcale mocniejsze albo bardziej gotowe na funkcjonowanie w bardzo trudnej rzeczywistości świata sztuki.
Maja Michalak: Jakich błędów mogliby uniknąć młodzi artyści, żeby było im łatwiej?
Kamila Bondar: Pierwszą radą, którą chętnie bym wszystkim dała, jest to, żeby wychodząc ze studiów, od razu tworzyć sytuacje kolektywne i działać kolektywnie. Nawet jeśli mają indywidualną praktykę — żeby wspólnie wynająć pracownię, raz na jakiś czas wspólnie zrobić wystawę, żeby nie stworzyć sytuacji, w której są sami, bo to jest bardzo trudne. Na Akademii są w pracowniach, w grupie, pod okiem profesorów, a ten moment, kiedy nagle nie mają już tego wsparcia i środowiska — a jednak ten zawód jest nastawiony na indywidualizm — łatwo się wtedy odkleić i nie mieć od nikogo wsparcia. Jak są razem, jest łatwiej i wtedy ich widać. Dobrym przykładem jest galeria Potencja, teraz to wszystko, co się działo wokół Turnusu — to świetne dowody na to, że w grupie raźniej, bardziej się chce, ludzie zarażają się energią, pomagają sobie rozwiązywać problemy, ale też przyciągają uwagę środowiska. Kolekcjonerzy, instytucje czekają na młodych i chcą zobaczyć, co przyniosą kolejne pokolenia. Trudno to wyłuskać, jeśli tego łatwo nie widać — a w grupie jest to łatwiejsze.
Maja Michalak: Co w ostatnim czasie przykuło twój wzrok?
Kamila Bondar: Wiele rzeczy. Może opowiem o tym, co mamy w galerii. Jesteśmy po kolejnej edycji Artysty zawodowca, na który składa się seria wykładów, ale też poszerzyliśmy go o konsultacje portfolio. Kiedyś, po uczelniach, miały nieformalny charakter, siadaliśmy razem. Teraz, ponieważ wszystko odbywa się online, są to spotkania jeden na jeden, półgodzinne, do których zapraszamy kuratorów z różnych instytucji z całej Polski. Tych konsultacji w tym roku odbyło się 750, a w wykładach wzięło udział blisko 4000 osób.
Maja Michalak: Piękne liczby.
Kamila Bondar: To pokazuje skalę działania — że ta malutka Fundacja robi tak dużo. I to, co powiedziałaś, że ten projekt naprawdę jest potrzebny, nas motywuje, żeby go ciągnąć dalej. Bierzemy za to odpowiedzialność i chcemy to robić.
Galeria podgląd i praca Dawida Dzwonkowskiego
Kamila Bondar: Na placu Unii mamy galerię „podgląd” w witrynie, która w początkowych założeniach miała pokazywać jedną pracę z kolekcji i być takim wglądem do środka, do tego, że jest tam cały zbiór. Tak też często funkcjonuje, ale coraz częściej kusi nas, żeby robić tam projekty specjalne. Teraz zaprosiliśmy do przygotowania tej przestrzeni kuratorkę Michalinę Sublik — była jedną z naszych konsultujących — a ona wybrała Dawida Dzwonkowskiego. Mamy jego pracę w podglądzie: to szyba, która w zasadzie zlewa się z witryną, a pomiędzy szyby Dawid wlał mleko roślinne i mleko krowie, które się wymieszały i stworzyły nową substancję. Pod wpływem temperatury i słońca bardzo się zmienia i tworzy nowe pejzaże.
Ta praca jest z jednej strony subtelna, nie ma mocnego aktywistycznego, dydaktycznego przekazu, ale Dawid myśli o niej jak o swoim głosie w sprawie tego, że mleko jest substancją polityczną, budującą wiele kontekstów. Jak dowiedziałam się od Dawida, w Europie była tradycja picia mleka, która dopiero wraz z kolonializmem rozlała się na Azję i Amerykę Południową. Jest też cała relacja matek, relacja między człowiekiem a zwierzęciem, któremu to mleko jest zabierane. Ta praca i cała nasza ostatnia realizacja bardzo mnie zaciekawiła. Zapraszam — do końca wakacji można oglądać, co dzieje się za szybą.
Instytucja publiczna kontra fundacja – Zamek Ujazdowski
Maja Michalak: W ostatnim czasie miałaś przyjemność lub wyzwanie podjąć się roli dyrektorki Zamku Ujazdowskiego. Jak wygląda praca instytucji publicznej w porównaniu z pracą w korporacji i fundacji, która ma zupełnie inną strukturę?
Kamila Bondar: Chcę się tutaj pokłonić przed wszystkimi koleżankami i kolegami, którzy pełnią funkcje w instytucjach publicznych — to jest naprawdę bardzo trudne, z wielu względów. Chociażby dlatego, że w tych instytucjach kadencje są zwykle kilkuletnie i co parę lat następuje kompletny reset. A zbudowanie funkcjonowania takiej instytucji w zasadzie prawie od zera — wprowadzenie procesów, sposobów zarządzania, współpracy — to proces rozłożony na wiele lat. A tu jeszcze trzeba budować program, pozyskiwać fundusze, liczyć się z oczekiwaniami opinii publicznej.
Świetne było to doświadczenie. Pozdrawiam z tego miejsca cały zespół Zamku Ujazdowskiego, bardzo się z nimi związałam. Trochę wspominam to jako walkę, prawie jak na placu boju, więc mam do tego emocjonalny stosunek — bo kiedy się tam pojawiłam, w zasadzie nic nie było zaplanowane na kolejne miesiące, co w instytucji publicznej prawie się nie zdarza. Raczej programy są budowane z rocznym, dwuletnim, trzyletnim wyprzedzeniem. Więc trudne było stworzyć coś z niczego — to było jedno duże wyzwanie mojej jedenastomiesięcznej kadencji, do konkursu i wyboru Anki Lazar.
Drugim wyzwaniem było to, jak funkcjonował zespół i jak bardzo brakowało tam ducha współpracy, wzajemnego zrozumienia — co nie jest winą żadnej z tych osób, tylko raczej zaszłości i braku myślenia o nich jako o zespole w poprzednich latach. Też jakaś wrogość wynikająca z tego, że różne osoby przyszły za różnych dyrektorów. Bardzo nad tym pracowaliśmy i jestem z tego dumna. Cieszę się, że spojrzeli na siebie inaczej — mam poczucie, że kiedy odchodziłam, zespół był w dużo lepszej formie.
W fundacji wszystko można zrobić szybko, a taki zamek to ogromny okręt, który jak zrobisz mały ruch, musisz bardzo długo czekać, aż faktycznie skręci w jakąś stronę. Paradoksalnie w Fundacji Sztuki Polskiej ING, w tej malutkiej instytucji, mam dużo większą stabilność działań, bardzo stabilne finansowanie, przewidywalne z roku na rok, zespół, z którym współpracuję od lat, i programy, które mają już dziesięcioletnią historię albo dłuższą. Możemy planować na kolejne lata, budować coś, co daje ogromną satysfakcję i w ramach naszej skali komuś przynosi korzyść — jak chociażby Artysta zawodowiec. A w instytucji kultury masz wielki statek: coś zaczniesz robić, ale może nie będzie ci dane oglądać efektów, bo nowa osoba przyjdzie z innym pomysłem i wielki okręt znowu zacznie zmieniać kurs.
Nie mam na to gotowego rozwiązania, ale być może należałoby rozdzielić funkcję merytoryczną od organizacyjnej — osoby, które kierują taką instytucją organizacyjnie, powinny być tam na stałe albo mieć dłuższe kadencje. Wydaje mi się, że ten sektor naprawdę wymaga głębokiej reformy. Słyszymy co chwilę o różnych problemach, o nieakceptowaniu działań dyrektorów, a tym zespołom jest ciężko. Wszystkim jest ciężko, bo dyrektorom też. Mam bardzo dużo empatii wobec tych osób, które przychodzą, muszą coś zrobić, dużo się od nich oczekuje. To jest strata dla publiczności, dla nas wszystkich.
Maja Michalak: Trudne jest to, że dyrektorzy mają tak mało czasu, żeby pokazać swoje umiejętności. Z mojej perspektywy — co ja byłabym w stanie zrobić przez rok czy dwa lata? Niemalże nic, bo w rok tworzy się najprostsze projekty, a w muzeach zazwyczaj są to bardzo rozbudowane rzeczy, które dzieją się latami. I ta niepewność pracowników, którzy mają w głowie plan, pracują nad czymś, wkładają serce, a nie wiedzą, w którym momencie ktoś przyjdzie i powie: to odstawiamy na bok albo zupełnie wyrzucamy, bo ja wygrałem konkurs z takim projektem i musimy to zrealizować. Szalenie wymagające, i niewiele osób zdaje sobie z tego sprawę — szczególnie porównując muzea do firm, gdzie jest jasno określony cel, a osoby nie zmieniają się tak często.
Kamila Bondar: Wydaje się, że powinna być w tym rola organizatora — czasem jest nim ministerstwo, czasem miasto — w wyznaczeniu takiej instytucji długoterminowej roli i ogólnych założeń funkcjonowania, tak żeby dyrektorzy, przystępując do konkursu, musieli się wpisać w ten program. Być może to by trochę ustabilizowało sytuację, przynajmniej programowo. Organizacyjnie to już inna kwestia.
Galeria Fotopol – budowanie rynku fotografii
Maja Michalak: Czy to było też powodem chęci zrealizowania twojego marzenia — stworzenia galerii fotografii?
Kamila Bondar: To marzenie od dawna miałam w głowie, razem z moim partnerem w tym przedsięwzięciu, Łukaszem Gorczycą. Trud włożony w zamek na pewno sprawił, że pomyślałam: niech to będzie coś prostszego, przyjemniejszego, niezależnego — takie działanie, które mogę realizować w stu procentach na własnych zasadach.
Wzięło się to z wielu powodów. Z wiary w to, że fotografia jest szalenie interesującym współcześnie medium — zarówno jako medium sztuki, bo taki jest mój rodowód i myślę kryteriami obowiązującymi w świecie sztuki, ale też dlatego, że fotografia funkcjonuje dużo szerzej: jako narzędzie opowieści, opowiadania o historii, o przyszłości. To pole jest ogromne. W pewnym momencie bardzo mnie to zaciekawiło i z tego wziął się między innymi Photoclub — niezależny klub miłośników i kolekcjonerów fotografii, który założyliśmy pięć lat temu z Łukaszem Gorczycą i Adamem Mazurem. To klub towarzyski, w którym jest kilkanaście osób. Spotykamy się raz w miesiącu, mamy program, narady, a spotkania trwają do późnych godzin nocnych. Klub posiada też zasób — bibliotekę książek fotograficznych, którą rozwijamy i którą jesteśmy gotowi się dzielić. Marzę, żeby kiedyś trafiła do jakiejś instytucji, która się nią zajmie.
Doświadczenie z Photoclubem sprowokowało nas do tego, żeby budować grono kolekcjonerów i miłośników fotografii szerzej. Galeria będzie teraz do tego miejscem. Otworzyliśmy naszą siedzibę na Oleandrów niespełna dwa tygodnie temu. Nasza pierwsza wystawa to fotografie Jana Bułhaka i Kuby Dąbrowskiego. Jan Bułhak to nestor, ważna postać polskiej fotografii, twórca pojęcia „fotografika”, które istnieje tylko w języku polskim i oznacza fotografię artystyczną. Był też wielkim działaczem i aktywistą, walczącym o respektowanie praw autorskich i zakładającym różne stowarzyszenia — taki ojciec założyciel. Na wystawie są też fotografie Kuby Dąbrowskiego, które — podobnie jak u Bułhaka sto lat temu — dziś opowiadają o tym, co definiuje pojęcie lokalności, bycia tu, w obrazie.
Maja Michalak: Chciałabym, żebyś powiedziała, co jest misją waszej galerii. Po co ją zrobiliście? Bo to moim zdaniem jest klucz do tego, żeby zrozumieć, dlaczego galerie powstają i dlaczego akurat wy zdecydowaliście się ograniczyć do fotografii.
Kamila Bondar: Misją galerii jest zbudowanie rynku fotografii. Wydaje nam się, że w tej chwili nikt nie zajmuje się poważnie fotografią jako medium. Ona funkcjonuje jako narzędzie, którym posługują się niektórzy artyści, ale z racji tego, że to pole jest znacznie szersze, można w ramach fotografii znajdować i oferować fantastyczne rzeczy. To też prace o wiele tańsze niż te, które znajdziemy na rynku sztuki, mimo że są niebywale atrakcyjnym obiektem kolekcjonerskim. Nasza miłość do fotografii i zrozumienie, że jest to nisza, którą nikt się nie zajmuje, to była nasza motywacja. Chcemy opowiadać i pokazywać ludziom, że są takie świetne rzeczy, które mogą mieć — tak jak my, bo my też zbieramy. To trochę dzielenie się naszą osobistą pasją.
Planujemy współpracować z osobami w modelu budowania kolekcji, który może mieć charakter abonamentowy: ktoś decyduje się na jakąś kwotę, którą wpłaca co miesiąc, i w jej ramach wspólnie wybieramy fotografie tworzące zbiór. Fotografia jest też świetnym prezentem, można kupić ją ad hoc, dla przyjemności, mieć jedną i koniec. Ale to, co często jest główną motywacją do kolekcjonowania — taki dialog z samym sobą o tym, kim jesteśmy i co nas interesuje w świecie — można realizować poprzez kolejne kupowane prace. W fotografii jest to niezwykle atrakcyjny i wdzięczny materiał.
Rynek sztuki zbliża się do poziomów cenowych, które funkcjonują na świecie. Prace zupełnie młodych artystów często zaczynają się od 10 000 złotych — nie każdy może sobie na taki wydatek pozwolić. A prace osób o bardziej ugruntowanej pozycji, które dają element gwarancji, że to coś wartościowego, co nie straci na wartości, to jeszcze większe kwoty. W fotografii ten pułap jest dużo niższy. Wspomniane fotografie Bułhaka to odbitki, które mają sto lat, są świetnie zachowane i kosztują między 2 a 3 tysiące złotych. To mnie cieszy. Chcę móc oferować to, co mamy w galerii, osobom, które mnie otaczają i które będzie na to stać. Mamy ofertę kolekcjonerską dla każdego — do każdej wystawy wydawane są numerowane, darmowe pocztówki, więc można przyjść i zacząć tworzyć kolekcję, która nic nie kosztuje. Będziemy mieć też co miesiąc „zdjęcie miesiąca”. Nasze zdjęcie wakacyjne to praca Kuby Dąbrowskiego — ma tak długą edycję, ile osób zdecyduje się je kupić do końca wakacji, a kosztuje tylko 350 złotych.
Maja Michalak: Inny pomysł, naprawdę jestem pełna podziwu, jak dobrze to wymyśliliście. I ta lokalizacja nie jest przypadkowa — ulica Oleandrów w Warszawie kojarzy się z miejscem młodzieżowym, a waszą misją jest też edukować i przyzwyczajać do sztuki młode pokolenie. Być może przy okazji bycia w modnych lokalach po prostu wejdą i będą wchodzić regularnie.
Kamila Bondar: Tak, przychodzą, zaglądają, są ciekawi — to bardzo fajne. Zależy nam na tym, żeby zainteresować fotografią osoby w różnym wieku i pokazać, jak fajna i przystępna może to być przygoda.
Największe marzenie zawodowe
Maja Michalak: Kończąc naszą rozmowę, mam ostatnie pytanie: jakie jest twoje największe marzenie zawodowe?
Kamila Bondar: O rany, chyba je teraz spełniłam, bo jestem bardzo spełnioną osobą. Uwielbiam pracę w fundacji i mam do niej wielki zapał. To, że udało mi się pogodzić bycie w fundacji, zajmowanie się kolekcją, pracę nad kolejnymi edycjami Artysty zawodowca — a jednocześnie mieć to moje miejsce, galerię Fotopol, która jest przestrzenią między pracą a domem, bo godziny otwarcia są od siedemnastej do dwudziestej, więc po pracy można przyjść, a później iść do domu — to spełnienie mojego marzenia. Teraz moje marzenie to „chwilo, trwaj”. Nie chciałabym wymyślać nowych, bo muszę skonsumować to, co się dzieje teraz. A może mam takie, żeby do Fotopolu przychodziło wiele osób i żeby nasze grono miłośników fotografii, tych kilkunastu skupionych wokół Photoclubu, się rozrosło.
Maja Michalak: Serdecznie ci tego życzę. A was, drodzy państwo, zapraszamy do galerii Fotopol, a jednocześnie do przestrzeni dostępnej dla wszystkich w Fundacji ING, która jest jedną z moich ulubionych w Warszawie.
Kamila Bondar: Bardzo dziękuję za rozmowę i zapraszam — i na plac Unii, i na Oleandrów.
Maja Michalak: Dziękuję serdecznie, do usłyszenia.
Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.