Skorzystaj z promocji na nasze kursy i webinary!

Podcast Sztuka Poza Ramami

O byciu artystką i profesorką na ASP

Gościni:

Dominika Kowynia

Prowadząca:

Maja Michalak

sezon V | odcinek 9

Opis odcinka

Gościnią tego odcinka jest Dominika Kowynia – malarka i wykładowczyni katowickiej Akademii Sztuk Pięknych. W trakcie urlopu akademickiego jej pracownię malarską prowadziła w zastępstwie Małgorzata Widomska, a teraz będą prowadzić ją razem. Dominika współpracuje także z warszawską galerią Polana Institute. Rozmawiamy o łączeniu pracy artystycznej z pracą na uczelni. Dominika podzieliła się swoimi osobistymi doświadczeniami i zdradziła jak wpływają one na jej pracę twórczą. Opowiedziała także o pracy ze studentami - drogach jakimi mogą podążać, przeszkodach, na które mogą napotkać, a także szansach, które przed nimi stoją. Dominika opowiedziała także o swoim doświadczeniu bycia jedną z nielicznych kobiet wykładających malarstwo na ASP.

Transkrypcja
odcinka

Maja Michalak: Cześć, Dominika.

Dominika Kowynia: Cześć.

Maja Michalak: Bardzo miło mi cię gościć. Nie ukrywam, że od lat z dużym zainteresowaniem śledzę twoją twórczość — twoje obrazy zawsze zatrzymują mnie na dłużej. W twoim przypadku niesamowicie ciekawe jest to, że łączysz pracę artystki z pracą wykładowczyni na uczelni. I tutaj mam pierwsze pytanie: czy nie uważasz, że zawód artysty jest zbytnio romantyzowany?

Czy zawód artysty jest romantyzowany

Dominika Kowynia: Dziękuję bardzo, bardzo mi miło, że mnie zaprosiłaś. Zawsze jak słyszę o sobie takie komplementy, to nie bardzo wiem, co z nimi zrobić, jestem zmieszana — ale dziękuję. A jeśli chodzi o pytanie: czy jest romantyzowany, z mojego punktu widzenia? Tak. Ale myślę, że można ten zawód wykonywać na bardzo różne sposoby, a ja jestem akurat osobą, która jest dosyć blisko ziemi. Bardzo też lubię to w twórczości innych osób — lubię, jak jest kontakt z rzeczywistością. Fantastycznie by było, gdyby artyści i artystki mogli zajmować się tylko twórczością, ale wiem, że czasami praca dodatkowa w jakiś sposób zasila twórczość. To nie zawsze jest takie oczywiste, że jak ktoś ma możliwość tylko tworzyć, to efekty są spektakularne — nie ma przepisu, moim zdaniem.

Mitem jest też to, że osoby artystyczne czekają, aż wena przyjdzie. To jest praca, którą się wykonuje regularnie, jak każda inna — niemalże każdego dnia trzeba wejść do pracowni.

Maja Michalak: Domyślam się, że to nie są momenty, kiedy się wchodzi, kiedy się poczuje, tylko trzeba wykonywać tę pracę, żeby widzieć efekty.

Dominika Kowynia: Na pewno trzeba dużo pracować. Ja akurat nie jestem osobą, która jest codziennie w pracowni, ale mam za sobą olbrzymią ilość przepracowanych godzin. Wydaje mi się, że codziennie się pracuje jako artystka — trzeba codziennie zasilać źródło twórczości, może nawet nie tyle pracować manualnie, choć to też trzeba odrobić, ale mieć o czym opowiadać, mieć tę ciekawość, czytać, oglądać, być uważnym obserwatorem tego, co się dzieje. To wszystko się łączy.

Maja Michalak: Czy ty już masz w nawyku analizowanie rzeczywistości i myślenie z jeszcze większą uważnością o tym, co cię otacza? Czy to są konkretne czynności, które robisz, żeby zasilić wyobraźnię?

Dominika Kowynia: Mam to w nawyku, ale na pewno jest też tak, że czasami tracę tę umiejętność. Wydaje mi się, że wszyscy ją teraz trochę tracimy przez kontakt z mediami — jesteśmy bardziej w świecie wirtualnym niż w rzeczywistości. Wtedy próbuję stosować jakieś taktyki, żeby się bardziej zatrzymać, ale generalnie mam taką naturę, że cały czas wszystko mielę. Wiem, że niektóre osoby muszą się bardziej koncentrować — ja też czasami próbuję planowo.

Maja Michalak: A czy uważasz, że dzięki swojej sztuce jesteś w stanie przekazać więcej niż werbalnie?

Dominika Kowynia: To jest dla mnie jakiś problem, bo zauważyłam, że ludzie bardzo lubią, jak im opowiadam o swoich obrazach. Mam nadzieję, że one poradziłyby sobie same — już nie mogę tego sprawdzić, bo tyle naopowiadałam, że ciężko wrócić do punktu zero. Ale czasami, jak spotykam się z różnymi osobami i one mówią, co zobaczyły na moich obrazach, to są tam rzeczy, o których nie mówiłam, a te obserwacje są bardzo często trafne. Więc mam nadzieję, że obrazy komunikują też inne rzeczy, których ja nie wypowiedziałam na żadnym oprowadzaniu. To nie są fakty z życia, to są odczucia, emocje — czasem ktoś mi mówi, że przeżywał coś, patrząc na obraz, o czym ja też myślałam. Z jednej strony ten zawód jest romantyzowany, a z drugiej ja uważam, że jest na swój sposób — to okropne słowo — magiczny. Dzieją się tam rzeczy, których się nie da zaprogramować, i to jest absolutnie wspaniałe. Pozwala na kontakt z innymi na zupełnie innej płaszczyźnie: pozornie nie znając siebie, można znaleźć wspólny język, obcując z dziełem.

Droga do malarstwa

Maja Michalak: A czy dla ciebie od początku to była droga, którą chciałaś iść? Czy zawsze myślałaś o zostaniu artystką, malarką?

Dominika Kowynia: Chyba nigdy nie myślałam o zostaniu malarką ani artystką, bo u mnie w domu nie było takich tradycji, więc nie miałabym skąd tego wykombinować. Ale pamiętam, że kilka osób zwróciło uwagę na to, że fajnie rysuję — głównie rysowałam, bo wtedy nie malowałam. I trochę na takiej zasadzie, że ktoś to zauważył, a ja nie miałam poczucia, że jestem w czymś super dobra, temat pociągnął się dalej. Potem, jak już wdrożyłam się w rysowanie i malowanie, stało się to dla mnie bardzo ciekawe — przestało być ważne, czy to się komuś podoba, tylko to, że to jest taki tunel, w który się wchodzi i różne rzeczy się przeżywa. To jest też rozmowa z samą sobą, absolutnie świetne. To nie było planowane — po prostu kolejne elementy: poszłam do liceum plastycznego, potem na Akademię, na którą się na początku nie dostałam.

W ogóle nie było malarstwa w Katowicach, a ja chciałam studiować w Katowicach, bo nie podobało mi się w Krakowie. Nic do Krakowa nie mam, ale pojechałam na kurs przygotowawczy i było dla mnie jakoś przerażająco. Zakładałam, że nie będę mogła pracować w tym zawodzie, ale ponieważ Akademię w Katowicach rozbudowywano i potrzebowano osób pomagających w zajęciach, zostałam zatrudniona. I tak kawałeczek po kawałeczku to się stawało jakąś prawdą. Ale bardzo długo nie czułam się artystką — do dzisiaj trudno mi o sobie powiedzieć „jestem artystką”. Bardziej powiedziałabym, że jestem malarką, i to już jest dla mnie bardzo duża sprawa.

Studenci i niepewność

Maja Michalak: A czy w rozmowie ze swoimi studentami widzisz taką niepewność co do określania siebie i tego, gdzie te osoby chcą być?

Dominika Kowynia: Jest bardzo różnie, ale większość osób ma w sobie taką niepewność. Rynek sztuki w Polsce bardzo się zmienił i wiele młodych osób zaistniało bardzo szybko, więc te marzenia można wypowiadać śmielej. Ale dużo osób ma wątpliwości i myśli, że będą musiały pójść od razu do jakiejś pracy zupełnie nie w zawodzie. Większość nie ma pewności, że będzie pracowała w zawodzie.

Maja Michalak: Opowiadałaś w jednym z wywiadów, jak rodzice przychodzą z kandydatami na ASP na pierwsze pokazanie teczki. Czy dla ciebie jest zaskakujące, jak rodzice mogą podcinać skrzydła już na samym początku?

Dominika Kowynia: Myślę, że rodzice zupełnie sobie z tego nie zdają sprawy — to nie jest celowe ani złośliwe. Pracowałam przez pewien czas na kursie przygotowawczym na ASP, prowadziłam weekendowe zajęcia, i tam na początku bardzo często przychodzą rodzice. Bardzo bym zachęcała, żeby nie przychodzić z rodzicami. Te młode osoby są wtedy w bardzo niewielkim stopniu sobą — odgrywają rolę dziecka. Rodzic stara się rozładować napięcie nerwowe, bo to jest jakaś wstępna ocena, i pojawiają się żarciki: czy to się nadaje, czy coś z tego będzie, czy będą z tego pieniądze. Wbrew pozorom to bardzo mocno wpływa na to, jak te młode osoby siebie widzą i swoje szanse.

Maja Michalak: A czy po skończeniu Akademii dochodzą do ciebie słuchy, ile osób jest w stanie kontynuować tę ścieżkę zawodową, a ile zmienia plany?

Dominika Kowynia: Tych osób nie jest tak dużo — jakieś dwadzieścia na kierunku malarstwo kończy studia co roku, i dobrze je znamy, więc obserwujemy ich starania. Na początku to głównie kwestia tego, czy w ogóle coś dalej robią, choć nie powiedziałabym, że jak przez pierwszy rok nic się nie zrobi, to sytuacja jest przekreślona — trudno się zorganizować po studiach. Dużym sukcesem jest już to, że ktoś pamięta, że to jest dla niego ważne, i nie porzuca tego od razu. Obserwuję te młode kariery i myślę, że to wspaniałe, ale staram się mówić, że wcale nie jest tak, że każdy musi od razu zaistnieć, a jak się to nie stanie, to już nigdy nic. Jak się nie traci kontaktu z samym sobą jako artystą i się rozwija, to jeszcze bardzo dużo może się wydarzyć.

Maja Michalak: A czy zauważyłaś presję w ostatnich latach, patrząc na kariery bardzo młodych artystów, którzy w zawrotnym tempie stają się widzialni na rynku, są reprezentowani przez znaczące galerie? Czy to wpływa na studentów, którzy chcą powtórzyć taki sukces?

Dominika Kowynia: Na pewno, i jest bardzo nerwowo. Niektóre osoby mówią sobie, że jak w ciągu roku czegoś nie osiągną, to… były takie historie. Bardzo mi przykro, kiedy to słyszę, bo mam przekonanie, że to, że ktoś tak szybko zaistniał, niekoniecznie znaczy, że to najzdolniejsza, najciekawsza osoba — jest bardzo zdolna, przeważnie, ale mamy bardzo różne tempo rozwoju. Może się okazać, że ktoś, kto siedzi i coś robi w takiej ciszy, dopiero za jakiś czas pokaże niesamowite rzeczy. Jestem o tym totalnie przekonana.

Maja Michalak: Masz jakieś wskazówki dla osób, co zrobić, żeby przeczekać ten moment, kiedy jeszcze nikt nie wie o ich twórczości?

Dominika Kowynia: Staram się nie być hipokrytką — miałam to szczęście, że zostałam na Akademii, co bardzo mi ułatwiło sytuację. Ale mogę powtarzać, że mamy bardzo różne tempa rozwoju. Ten moment, w którym coś się staje bardziej komunikatywne albo trafia na swój czas, bo są różnego rodzaju mody — nagle się okazuje, że osoba, która robiła coś zupełnie innego, dlatego że to wtedy nie trafiało, staje się warta uwagi. A do tego jest zupełnie osobna, co jest interesujące. Jeżeli komuś starcza sił i samozaparcia, to warto.

Jak długo kształtuje się własny język

Maja Michalak: Czy jesteś w stanie zaobserwować, jak długo kształtuje się u twórcy indywidualny język, po którym rozpoznajemy go od razu? Bo ja często mówię, że ciekawe jest, kiedy widząc kilka obrazów jednego artysty, rozpoznajemy go bez problemu. Czy jest szansa, żeby stało się to już na studiach?

Dominika Kowynia: Czasami to się dzieje na studiach. Ale są takie osoby, które bardzo długo malują realistycznie, i jeżeli są wkręcone w obserwację świata, to ten realizm bardzo powoli przeradza się w coś odrobinę innego. Ten typ rozwoju może trwać dłużej, ale też wydaje mi się super wartościowy. Bardzo różnie, nie jestem w stanie powiedzieć, ile czasu.

Dzieciństwo w Libii

Maja Michalak: Wracając do tematu, który się tu pojawił — czy twoje dzieciństwo i czas spędzony na emigracji w Libii wpływa nieustannie na twoje malarstwo? Czy to był etap, który musiałaś przepracować?

Dominika Kowynia: Na to pytanie odpowiedziałabym różnie w różnych momentach życia. Teraz już tyle czasu upłynęło, że nie mam z tym kontaktu na co dzień. Na pewno był taki pik w 2017 roku, kiedy była wystawa związana z tym dzieciństwem w Libii, w Galerii Wanda w Krakowie. Ale dzisiaj powiedziałabym, że czerpię z tego same korzyści — to jest wiele lat po przepracowaniu tych doświadczeń. Łączą się tam różne rzeczy: od początku miałam ten przeskok z jednego świata do drugiego, bardzo innego. Jak się wykonuje zawód twórczy, ta świadomość, że istnieje inny świat, że rzeczywistość może wyglądać znacząco inaczej, jest bardzo ważna dla rozwoju wyobraźni.

Na pewno to, że pływałam w morzu, uczyłam się pływać w morzu — takie banalne rzeczy — jest świetne. Ale są też rzeczy, które były dla mnie bardzo trudne, a z perspektywy czasu są świetnym materiałem do rozszyfrowania rzeczywistości. Mieszkałam w Libii przez osiem lat i nie bardzo pamiętałam Polskę, chodziłam do polskiej szkoły i byłam tam uważana za dziwaczkę, bo większość polskich dzieci pamiętała Polskę, a ja nie. Czułam się obco. Miałam też duże problemy z socjalizacją — nie chodziłam do przedszkola ani zerówki, i okazało się, że wielu rzeczy nie wiem, które wiedzą inne dzieci. Doszło do takiej sytuacji, że moja wychowawczyni zaleciła mojej mamie, żeby po powrocie do Polski oddać mnie do szkoły specjalnej, bo na przykład nie wiedziałam, co to znaczy „rok” — takie rzeczy, które nabywa się w procesie socjalizacji, kiedy rodzina jest rozbudowana o babcie, ciocie.

Po powrocie do Polski byłam już wczesną nastolatką i pójście do sklepu po chleb było dla mnie nieprawdopodobnym wyzwaniem, bo nie wiedziałam, jak to sformułować. W Libii z powodów kulturowych nie pozwalano, żeby białe dzieci chodziły same, więc rodzice wszystko załatwiali. Bałam się, że w sklepie będzie koleżanka z klasy i będzie się ze mnie śmiała. Stałam się w klasie ciekawostką na krótki czas — nie mam do nikogo pretensji, myślę, że to nie było złośliwe i nikt tego nie pamięta, ale ja pamiętam. Te trudne doświadczenia pozwalają mi pamiętać, jak to jest być kimś innym, być niedostosowaną osobą, jakie drobiazgi mogą być przeszkodą w życiu codziennym. Po przepracowaniu to się już nie wiąże z żadnym bólem — to niesamowita wiedza i wrażliwość.

Maja Michalak: Czy malując obrazy, jesteś w stanie przerzucić te historie na obraz, uwiecznić je?

Dominika Kowynia: Teraz w obrazach to już inaczej działa, ta sytuacja gdzieś tam pracuje. Ja po prostu nie mam jednego obrazu rzeczywistości, co do którego jestem stuprocentowo pewna — przesuwam różne rzeczy na obrazie do momentu, kiedy to się dla mnie staje wiarygodne. To doświadczenie niedopasowania odzywa się w każdym obrazie: nigdy do końca nie wierzę w to, co widzę. Jeżeli wszystko jest idealnie dopasowane, to ja zawsze coś dostrzegam — dopiero jak coś lekko zepsuję, wydaje mi się, że to jest prawda.

Malowanie jako łamigłówka

Maja Michalak: Powiedziałaś w jednym z wywiadów, że malowanie jest dla ciebie łamigłówką, którą rozwiązujesz w trakcie, że wchodzisz w dialog ze swoim malarstwem — nie wchodzisz ze szkicem i konkretnym planem do pracowni.

Dominika Kowynia: Zawsze mamy jakiś zarys. Często mam jakieś zdjęcie, od którego chcę się odbić, albo wiem, co chcę, żeby było na obrazie, i szukam zdjęć, które pasują. Ale bardzo rzadko się zdarza, żeby na tym się zakończyło — najczęściej to dialog z obrazem, dużo się dzieje w trakcie pracy, i finalnie praca w ogóle nie przypomina punktu wyjściowego. Nie umiem szkicować za bardzo, nic mi to nie daje.

Maja Michalak: A jak długo zajmuje ci namalowanie obrazu? Malujesz jeden obraz, czy kilka naraz?

Dominika Kowynia: Przeważnie jeden obraz, zajmuje mi to kilka tygodni. Czasami zostawiam obraz prawie skończony z myślą, że czegoś tu bardzo brakuje i trzeba wrócić, i wtedy zaczynam kolejny — ale nigdy nie maluję pięciu obrazów jednocześnie. To są za bardzo osobne tunele, żeby tak się działo.

Maja Michalak: W rozmowie z Karolem Palczakiem padło, że on odwraca swoje obrazy, żeby na nie nie patrzeć — im dłużej patrzy, tym bardziej widzi swoje błędy. Ty masz jakieś swoje sposoby, żeby nie być dla siebie zbyt krytyczną?

Dominika Kowynia: Ja nie mam tego problemu. Często pada pytanie, czy wiem, kiedy skończyć obraz — zdecydowanie wiem, kiedy jest koniec pracy, i to jest świetne uczucie. Nie nazwałabym tego błędem; Karol Palczak pracuje na tyle inaczej, że może zobaczyć te błędy. U mnie jest tak, że wydaje mi się, że historia została opowiedziana zbyt skrótowo i chciałabym, żeby była bliżej życia, bardziej skomplikowana.

Jeśli chodzi o tę łamigłówkę — bardzo ważny jest dla mnie kolor. Kolor potrafi zmienić zupełnie wszystko. Czasami zmiana jednego koloru powoduje zmianę w treści, w moim odczuciu. Ktoś normalny, kto by na to patrzył, tego by nie zobaczył, ale ja zmieniam kolor i widzę, że obraz nagle kliknął, ma zupełnie inną atmosferę — i to jest to, czego szukałam, choć nie wiedziałam wcześniej, jaka ona ma być.

Maja Michalak: Czy to powoduje, że nazwałabyś siebie kolorystką?

Dominika Kowynia: Nie wiem, czy nazywam się kolorystką. Jestem też taką zamordystką w obrazach — bardzo ważna jest kompozycja, którą bardzo długo napinam i rozluźniam. To napięcie wynikające z kompozycji jest czymś bardzo ważnym.

Maja Michalak: A czy masz nieudane obrazy? Co się dzieje, jeśli takie są?

Dominika Kowynia: Ja obrazy męczę do samego końca — jestem osobą, która bardzo nie lubi zaczynać obrazów, i dopiero od pewnego momentu wydaje mi się, że już maluję. Więc raczej każdy obraz kończę. Na pewno są dużo słabsze i dużo lepsze, ale czy są lepsze, czy gorsze, jestem w stanie ocenić dopiero po dłuższym czasie.

Maja Michalak: Czy stresujący jest moment, kiedy stoisz przed białym płótnem?

Dominika Kowynia: Nie lubię tego, bo mam moim zdaniem niskie zdolności rozplanowywania na białej płaszczyźnie. To taka robota do zrobienia — u mnie bardzo często zaczyna się od realistycznego albo bliskiego realizmowi malowania, w którym nie jestem najlepsza, to jak przygotowywanie gruntu. Stres jest związany z tym, że trzeba przełamać lenistwo. Potem to już samo niesie, robi się ekscytująco.

Inspiracje i historia sztuki

Maja Michalak: Czy odnajdujesz inspiracje w innych artystach, nawet z historii sztuki?

Dominika Kowynia: Teraz już nie tak bardzo. Ale pamiętam momenty wielkiej ekscytacji — jak uczyłam się historii sztuki, o Caravaggiu, to był moment, kiedy jeszcze bardziej zakochałam się w tym malarstwie, niż sama wtedy malowałam. To było połączone ze słowem, bo uczyłam się ze „Sztuki świata”. Pamiętam ten moment o czwartej nad ranem, jak uczyłam się na klasówkę z historii sztuki — mieliśmy wspaniałą panią, pisaliśmy długie wypracowania. To gdzieś we mnie się osadziło i procentuje, bo słyszę często, że ktoś zauważa odniesienia do dawnego malarstwa, ale to nie jest planowane. Miałam też wielką miłość do Matisse’a przez długi czas w liceum — byłam zagorzałą fanką. Dzisiaj nie muszę oglądać tych obrazów, ale to gdzieś zostaje.

Maja Michalak: Częściej wybierasz muzea ze sztuką dawną czy najnowszą?

Dominika Kowynia: Częściej ze sztuką najnowszą. Ale kiedy trafię na wspaniałą wystawę sztuki dawnej, to jest absolutnie świetne, i zauważam, że potrzebuję znacznie więcej czasu na oglądanie tych prac. Jak zobaczę obraz na żywo, to są nieprawdopodobne odczucia. Nie robię tego celowo — jak się zdarzy, to się napawam, ale przeważnie oglądam rzeczy współczesne.

Maja Michalak: A pracując ze studentami, zachęcasz ich do pracy w pracowni czy poza nią — do oglądania sztuki?

Dominika Kowynia: I to, i to. Ale wydaje mi się, że może za mało mówiłam o oglądaniu sztuki dawnej. Zaczęłam pracować na Akademii, jak byłam bardzo młoda, różnica wieku była niewielka, i miałam wrażenie, że wszyscy uczymy się sztuki dawnej, a nie uczymy się współczesnej — więc kładłam nacisk na współczesną. Teraz przez internet sztuka współczesna jest bliższa studentom, a dawna może się odsunęła. Ale warto stać na obu nogach, zwłaszcza jak się posługuje medium, które ma za sobą tak bogatą historię jak malarstwo.

Pierwsza pracownia malarstwa prowadzona przez kobietę

Maja Michalak: Przez dwa lata prowadziłaś własną pracownię malarską, co na ASP w Katowicach było pierwszą pracownią malarstwa prowadzoną przez kobietę. Jesteś teraz w trakcie kończenia rocznego urlopu i wracasz na uczelnię. Jaki jest twój wniosek z tej przerwy?

Dominika Kowynia: Prowadziłam tę pracownię przez dwa lata. Znalazła się w strukturze w godzinach popołudniowych, więc właściwie była wybierana jako pracownia dodatkowa — byłam w innym miejscu w siatce godzin niż inne pracownie malarstwa. Do tego była to jedyna pracownia prowadzona przez kobietę, pierwsza w historii tej Akademii. Ale to nie jest tylko przypadek Katowic. Bardzo polecam przeanalizowanie stron ASP w Polsce — kierunek malarstwo, pracownie malarstwa, kto prowadzi. To niesamowite, że to cały czas głównie mężczyźni. W Warszawie, jak sprawdzałam, nie ma żadnej pracowni malarstwa prowadzonej przez kobietę — najczęściej jesteśmy asystentkami. W Krakowie jest jedna, prowadzona przez Kingę Nowak. Czasami jest nawet tak, że jest jedna pracownia prowadzona przez kobietę, a kiedy ta kobieta odchodzi na emeryturę, pracownię przejmuje mężczyzna — i wracamy do punktu wyjścia.

Maja Michalak: Dlaczego to jest takie ważne?

Dominika Kowynia: Dlatego, że większość osób studiujących to kobiety, młode kobiety. Oczywiście część pracowni zawsze będzie prowadzona przez profesorów, ale strasznie ważne jest, żeby kobiety, które chcą, miały możliwość studiowania u kobiety — chociażby przez to, że wtedy widzą, co jest możliwe. Podświadomie to działa: jak się nie widzi kobiet, które poszły o krok dalej, może się wydawać, że kariera akademicka czy zaistnienie w świecie sztuki jest niemożliwe.

Maja Michalak: Jakie to było doświadczenie?

Dominika Kowynia: Trudne, bo okazało się, że ciągle coś było nie tak z tym, że ja tę pracownię prowadzę. Teraz już jest wszystko okej, więc nie będę się wyżywać na nikim. Poszłam na urlop, bo się okazało, że mogę, a bardzo potrzebowałam odpocząć po dwudziestu latach pracy — w ostatnich latach dużo malowałam i miałam dużo wystaw, a pracownia wystartowała w momencie, kiedy już byłam zmęczona. Po dwóch latach zrobiło się bardzo ciężko. Ten rok przerwy pozwolił mi znaleźć się w moim realnym miejscu życia — że jestem już osobą dojrzałą i muszę zmienić stosunek do osób studiujących. Nie może mi się wydawać, że tak świetnie je rozumiem, bo to już za duża różnica wieku i doświadczeń, muszę być bardziej uważna. Dużo rzeczy mnie triggerowało na uczelni i pomyślałam, że fantastycznie będzie, jak się z tego oczyszczę, żeby to nie miało wpływu na osoby studiujące.

Byłam teraz na obronach dyplomów i byłam absolutnie zachwycona. W ostatnich latach w naszej Akademii zostały zatrudnione młode teoretyczki, które pomagają pisać prace dyplomowe. One zupełnie inaczej uczą, a osoby, które przygotowują pod ich kierunkiem prace teoretyczne, są wspaniale przygotowane — kiedy podejmują tematy feministyczne, na obronie okazuje się, że to potężna siła. Do tej pory było tak, że dziewczyny, nawet jak robiły coś dziewczyńskiego, w momencie kiedy siadały przed komisją złożoną głównie z mężczyzn i padały trudne pytania, bardzo często się zamrażały, chciały uciec z tej sytuacji. To, co zobaczyłam w tym roku, było czymś wspaniałym. Jest też jeszcze jedna pracownia rysunkowa, którą prowadzi profesor Jolanta Jastrząb — też kobieta, też pierwszy rok. Mam wrażenie, że wracam do innej rzeczywistości.

Wzory do naśladowania i własna niepewność

Maja Michalak: Zaciekawił mnie wątek, że chcesz dać przykład dziewczynom, że jako kobieta mogą osiągnąć sukces w tym świecie. Czy tobie brakowało takiej roli, wzoru do naśladowania na początku kariery?

Dominika Kowynia: Nie byłam tego świadoma, ale myślę, że część mojej niepewności brała się z tego, że nie widziałam takich kobiet. Gdybym powiedziała, że chciałabym być takim przykładem, to zabrzmiałoby bardzo „hura do przodu”. Mam nadzieję, że mówiąc o swojej niepewności, nie podcinam nikomu skrzydeł — ja lubię wiedzieć, że ktoś jest niepewny siebie i potrafi to wypowiedzieć, dla mnie to jest wzmacniające, ale nie robiłam ankiety i nie wiem, czy dla młodych artystek też.

To, że nagle zrobiło się nas więcej, jest absolutnie wspaniałe. Bo jedna kobieta na uczelni, w jakiejś katedrze, czasami musi tyle walczyć, że staje się kimś, kto trochę przeraża te młode kobiety — skupia się wokół niej bardzo dużo emocji. Miałam wrażenie, że ktoś może nie chcieć się zapisać do tej pracowni, bo potem na obronie taki dyplom jest wyjątkowo mocno prześwietlany, dlatego że jest „u tej kobiety”. Najfajniej jest, jak nas jest dużo i jesteśmy różne — wtedy dopiero to działa jako przykład. Jedna kobieta, wokół której skupia się dużo emocji, to nie jest dobra sytuacja.

Maja Michalak: Bardzo ciekawe, bo ja, patrząc z zewnątrz, nie byłam tego świadoma. Wśród najmłodszych artystów widać już parytet, widzimy osoby artystyczne bardzo wielu płci i to przestaje mieć znaczenie — zupełnie nie ma znaczenia, kto maluje. Ale na uczelniach nadal się utrzymuje coś, co wprowadzał Jan Matejko, mówiąc, że kobiety nie mogą wykładać na ASP. Wydawałoby się: minęło ponad sto lat, na pewno już tak nie jest, a jednak tej pracy zostało dużo.

Dominika Kowynia: Trochę tak jest, że to jest świat, który chyba niezbyt kogokolwiek interesuje. Kogo interesuje, jak działają uczelnie? Jak się dzieje coś strasznego, to interesują, ale mało kto będzie oglądał strukturę uczelni pod lupą, sprawdzał, ile jest kobiet na jakich stanowiskach. Teraz są robione badania Fundacji Katarzyny Kozyry i to jest wspaniałe, ale nie wiem, czy jest duże zainteresowanie czytaniem tych badań. Rzadko już się usłyszy wprost, że kobieta nie powinna uczyć — ale być może te przekonania gdzieś ciągle funkcjonują, w podświadomości: że mężczyzna zrobi to lepiej, że mężczyzna nie pójdzie na urlop macierzyński.

Maja Michalak: A z jakimi przekonaniami ty musiałaś sobie poradzić — swoimi lub zewnętrznymi?

Dominika Kowynia: Głównie z moją własną niepewnością, która miała bardzo wiele źródeł. Moje koleżanki były dużo szybsze w rozpoznawaniu, co jest grane. Ja miałam szczęście, że jak zaczęłam pracować na Akademii, trafiłam na człowieka, który świetnie mnie traktował — od początku miałam głos, mogłam powiedzieć, co myślę, nie odczułam w ogóle, że coś jest ze mną nie tak, bo jestem asystentką kobietą. Ale kilka moich koleżanek z roku zorientowało się dużo szybciej — być może dlatego, że nie trafiły tak dobrze i nie były tak dobrze traktowane. Pamiętam, że wynajmowałam pracownię z koleżanką, która pracowała jako asystentka w innej pracowni, i pamiętam dzień, kiedy powiedziała, że zostawia tę pracę. Powiedziała dokładnie tak: „bo oni wszyscy mają żony, które dbają o to, żeby oni mogli bujać w obłokach. A ja nie będę miała żony, a chcę mieć normalne życie, chcę być szczęśliwa”. I zrezygnowała, poszła coś projektować. Nie mogłam w to uwierzyć, bo szło jej świetnie.

Druga koleżanka urodziła dziecko i pracowała w pracowni, w której profesor miał iść na emeryturę. Po powrocie z urlopu macierzyńskiego, na regularnych przeglądach tego, co robimy twórczo, kierownik teorii zwrócił uwagę, że za wolno się rozwija, za mało robi. Wtedy podjęła decyzję, że to powoduje w niej za dużo napięcia i stresu, i że to się będzie odbijało na jej dziecku. Ja wtedy nie bardzo rozumiałam, o czym one mówią. Z perspektywy czasu myślę, że one po prostu szybciej to załapały ode mnie — ja przewalałam to wszystko powoli i bardzo późno zrozumiałam tę kwestię.

Maja Michalak: A co jest teraz twoim głównym marzeniem albo celem?

Dominika Kowynia: Teraz czuję się bardzo dobrze. Chciałabym w życiu namalować jeszcze trochę dobrych obrazów — to jest dla mnie najważniejsze. Żeby one się rozwijały, żeby mnie ciekawiły, żebym mogła być z nich dumna. To jest takie dla siebie, i to jest najważniejsze.

Maja Michalak: Serdecznie ci tego życzę i bardzo dziękuję za rozmowę. Była to dla mnie bardzo duża przyjemność. Nie mogę się doczekać kolejnej wystawy.

Dominika Kowynia: Bardzo dziękuję za zaproszenie. Do usłyszenia.


Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.

Maja Michalak — historyczka sztuki, założycielka Poza Ramami

Prowadząca podcast

Maja Michalak

Historyczka sztuki, absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego i założycielka Poza Ramami. Opowiada o sztuce tak, żeby chciało się słuchać - bez akademickiego zadęcia, za to z pasją i ciekawostkami. Współpracuje z największymi polskimi i europejskimi instytucjami kultury. Jest autorką bestsellerowego albumu "Poza Ramami. O malarstwie". Prowadzi kursy, webinary i podcast „Sztuka Poza Ramami", w którym rozmawia z najważniejszymi postaciami świata sztuki.

Poznaj mnie bliżej →