Maja Michalak: Co sprawia, że niektóre obrazy zostają z nami na długo, drążą w pamięci, wywołują niepokój albo wzruszenie? Czy można patrzeć na malarstwo jak na dokument epoki? Jak dbać o spuściznę artystów? W tym odcinku zgłębimy życie i twórczość Andrzeja Wróblewskiego, jednego z najważniejszych polskich artystów powojennych. Do rozmowy zaprosiłam doktor Magdalenę Ziółkowską oraz Wojciecha Grzybałę, współzałożycieli Fundacji Andrzeja Wróblewskiego, którzy od lat badają i popularyzują jego dorobek. Dzień dobry.
Magdalena Ziółkowska: Dzień dobry, bardzo dziękujemy za zaproszenie. To duże wyróżnienie dla nas.
Maja Michalak: Chciałabym zacząć od pytania: czy praca nad monografią jednego artysty przez tak długi okres jest wyzwaniem, czy ułatwieniem? Czy łatwiej pracuje się nad dorobkiem jednego twórcy, czy to raczej utrudnienie, bo cały czas mamy do czynienia z tym samym materiałem?
Artysta, po którym zostało niewiele
Magdalena Ziółkowska: Myślę, że przede wszystkim zależy to od tego, kim jest ten artysta. My pracujemy nie tylko z artystą wyjątkowym i wybitnym, którego biografia była niezwykła, ale także z takim, który pozostawił po sobie ogromny, bardzo różnorodny dorobek — także literacki. To nie tylko płótna znane z kolekcji muzealnych, ale kilkaset rysunków, prac na papierze, notatki, scenariusze filmowe, wiersze. Chociaż interesujemy się Wróblewskim od bardzo wielu lat — nasza fundacja istnieje trzynaście lat jako zarejestrowana działalność — cały czas mam wrażenie, że przed nami dużo pracy, wiele niezgłębionych tematów. Jesteśmy gdzieś nawet nie w połowie tej drogi.
Wojciech Grzybała: Kiedy rozpoczęliśmy badania nad Wróblewskim w 2007 roku, które były przygotowaniem do wystawy w Van Abbemuseum w 2010 roku, wydawało nam się, że tego materiału jest już tak dużo, że wystarczy nie tylko na pierwszą fizyczną publikację i pierwszą dużą międzynarodową wystawę poza granicami Polski, ale na wiele innych. Że w pewien sposób zamkniemy pewne rozdziały. Okazało się, że jest wręcz odwrotnie — każda próba domknięcia jakiegoś tematu pokazuje ogromne braki wiedzy albo wręcz błędne, fałszywe informacje popularyzowane przez wcześniejsze publikacje.
Z twórczością i życiem Andrzeja Wróblewskiego jest bardzo specyficzna sytuacja. Ginąc w Tatrach w pięćdziesiątym siódmym roku, pozostawił ogromny dorobek jako niespełna trzydziestoletni artysta. Tym dorobkiem przez kolejne dziesięciolecia opiekowała się matka artysty — ale zrobiła to w niezwykły sposób, bo podeszła do tego jak marszand, jak opiekun tej twórczości, a nie jak rodzina. Do dziś przetrwały głównie dzieła, które znamy z muzeów i kolekcji prywatnych, opublikowane recenzje i teksty — częściowo przez nas, w tej niebieskiej antologii „Unikanie stanów pośrednich”, którą wydaliśmy w 2014 roku. Ale niewiele więcej pozostało: kilka autoportretów fotograficznych. To, co nazwalibyśmy archiwum życia codziennego — listy, notatki, książki, pamiątki — nie przetrwało.
Wojciech Grzybała: Bardzo trudno byłoby napisać szczegółową biografię Wróblewskiego, ponieważ on nigdy nie napisał więcej niż dwa życiorysy i kilkanaście stron pamiętników, które przetrwały — z Wilna i z pierwszych lat studiów w Krakowie. Poza kalendarzykami, mówiącymi o bardzo prozaicznych faktach, oglądaniu filmów w kinie czy spotkaniach z kolegami, takiej narracji życia Wróblewskiego praktycznie nie można nakreślić. I tu zaczynają się nasze badania nad mitem artysty — żeby uporządkować chronologię dzieł, a także obalić pewne tezy.
Magdalena Ziółkowska: Nam brakuje bardzo wielu materiałów, z którymi pracują fundacje innych artystów. Na wiele pytań musimy odpowiadać w zupełnie inny sposób, szukając odpowiedzi gdzie indziej — w archiwach, źródłach, a przede wszystkim spotykając się z osobami, które miały możliwość pracy z Wróblewskim, które go znały. To dla nas bezcenne momenty — na przykład spotkania z Franciszkiem Bunschem w Krakowie czy z Andrzejem Wajdą. Mimo tak bogatej twórczości, zasób archiwalny jest niezwykle ubogi, właściwie ograniczony do kilku przedmiotów.
Obalone mity
Maja Michalak: Co was najbardziej zaskoczyło albo czego nie spodziewaliście się odkryć w trakcie badań?
Wojciech Grzybała: Zaskoczeniem była ilość mitów i nieprawd, które powstały wokół twórczości Wróblewskiego. Na przykład wszyscy uczyliśmy się na studiach o słynnej wystawie zespołu samokształceniowego pod przewodnictwem Wróblewskiego, urządzonej w Poznaniu — i o tym, że obraz „Rozstrzelanie z Żydówką” został pocięty w akcie antysemickim przez jakiegoś szaleńca w dwóch miejscach, uszkadzając postać Żydówki. Przez lata ten fakt funkcjonował we wszystkich podręcznikach jako przykład polaryzacji w sztuce polskiej końca lat czterdziestych. Dopiero w latach dwutysięcznych, zupełnie przez przypadek, odnaleziono na Akademii Sztuk Pięknych dokument mówiący o tym, jak kolega Podszybowski wtargnął na zajęcia rysunku wieczornego w stanie wskazującym na spożycie i niechcący zniszczył koledze Wróblewskiemu obraz, przechowywany w Akademii ze względu na swoje gabaryty. Po ponad pięćdziesięciu latach powtarzania tego mitu okazał się on zupełnie bezpodstawny.
Drugim ogromnym problemem są tytuły. Andrzej Wróblewski, poza obrazami olejnymi, właściwie nie tytułował swoich prac na papierze. W 99 procentach dzieła na papierze zostały zatytułowane, sygnowane i opisane przez matkę artysty — nie dyskretnie na odwrociu, ze stwierdzeniem autentyczności, ale sygnaturą „A. Wróblewski” na licu prac, zwykle w prawym dolnym rogu, z kolejnymi numerami inwentaryzacyjnymi. Listę tych dzieł opublikowała w pierwszym katalogu wystawy pośmiertnej. Zaskutkowało to tym, że od pięćdziesiątego siódmego roku tytuły jak „Cień Hiroszimy”, „On i ona”, „Ludzie rozdarci”, „Kaleka” zaczęły funkcjonować jako tytuły autorskie — a nie są. To był kolejny mit, który obaliliśmy w pierwszej publikacji.
Magdalena Ziółkowska: Przy okazji tego incydentu z pocięciem obrazu, który już wiemy, że nie miał miejsca — on przez dekady funkcjonował jako przykład tego, jak nowa formuła realizmu bezpośredniego, którą Wróblewski chciał wprowadzić w „Rozstrzelaniach”, spotkała się z odrzuceniem nawet wśród najbliższych mu osób.
Trzy kompozycje na jednym płótnie
Magdalena Ziółkowska: Z ciekawych, nieplanowanych odkryć pamiętam szczególnie jedno. Ze zbiorów Instytutu Sztuki PAN pozyskaliśmy czarno-białe reprodukcje obrazów, między innymi dwóch namalowanych w pięćdziesiątym pierwszym roku, przedstawiających spotkanie przedstawicieli Związku Młodzieży Polskiej. Tych płócien nie ma — znamy je tylko z odbitek. I nagle, po kilku latach, napisała do nas osoba, która konserwowała pewne płótno: gdy zdjęła pierwszą warstwę, okazało się, że pod spodem jest praca Wróblewskiego, kiedyś zamalowana pejzażem. Na odwrociu był inny obraz Wróblewskiego, a gdy płótno zdjęto z blejtramu, okazało się, że jest namalowane na jeszcze jednym przedstawieniu — które udało się zidentyfikować jako połowę jednej z tych czarno-białych reprodukcji. Wróblewski przeciął obraz na pół, obu części użył do namalowania innych przedstawień, a potem zamalował je dwustronnie. Mamy więc trzy kompozycje na jednym kawałku płótna.
Ten przykład jest najbardziej skrajny, ale nie jedyny. „Dachy Krakowa” są namalowane na jakimś bardzo wczesnym akcie. Wróblewski wielokrotnie sięgał po te same płótna, zapewne z powodu biedy i ograniczonego dostępu do drogich środków malarskich — mówimy o latach czterdziestych i ogromnej biedzie.
Wróblewski nieznany — poza „Rozstrzelaniami”
Maja Michalak: Wróblewski jest najbardziej kojarzony z cyklem „Rozstrzelań” i „Ukrzesłowionych”. Co według państwa jest ważnym, a mniej podnoszonym elementem jego twórczości, który należałoby spopularyzować?
Wojciech Grzybała: Jest bardzo dużo dzieł, które były nieznane, głównie prac odnalezionych lub z kolekcji prywatnych. Były prace wielokrotnie wystawiane, ale drugą stroną, ponieważ Wróblewski obracał płótno na blejtramie i powstawały nawet cztery kompozycje na jednym kawałku. Na „Szoferze niebieskim” namalował po kilku miesiącach „Likwidację getta”, na abstrakcjach malował kolejne „Rozstrzelania”. Praca „Popiersie” była jednym z naszych pierwszych odkryć — gdy dzieła przyjechały z prywatnych kolekcji do Van Abbemuseum w 2010 roku i robiono oględziny konserwatorskie, okazało się, że jeden z gwaszy był naklejony przez matkę w czterech narożnikach na podkłady bristolowe. Gdy klej przestał trzymać, okazało się, że z drugiej strony jest nieznane, nigdy niepokazywane przedstawienie szofera.
Później wspólnie z profesor Marzeną Ciechańską prowadziliśmy badania i konserwację — dziś to ponad 400 prac z kolekcji prywatnych i muzealnych. Pani profesor napisała esej do naszej ostatniej książki „Andrzej Wróblewski. Exhibiting”, wydanej w zeszłym roku. Okazuje się, że wiele prac przyklejonych, niedostępnych albo w złym stanie to fenomenalne, bardzo ważne dzieła, które zapełniają brakujące luki. Na wystawie „Waiting Room” w Lublanie pokazaliśmy kilkanaście prac, które przez co najmniej 50 lat, albo wręcz nigdy, nie były pokazywane — jak nieznana od lat sześćdziesiątych „Kolejka” na dużym papierze.
Magdalena Ziółkowska: Chciałabym, żebyśmy patrzyli na Wróblewskiego także jako na ironistę. Znamy go z bardzo podniosłych, ostatecznych tematów, ale on miał niezwykłe poczucie humoru, był pełen ironii. Przede wszystkim także pisał — odesłałabym z przyjemnością do opowiadania „Pamiętnik samobójcy”, które ma wątki autobiograficzne, ale jest fikcyjne, żeby zobaczyć, jak buduje narrację, jak oczytaną był osobą. Albo do jego pamiętnika z czterdziestego ósmego roku, gdzie komentuje codzienne życie: relacje z rodziną, z bratem, z matką, jak myśli o swojej twórczości, jak niemal codziennie rozważa, czy być artystą. Ten Wróblewski, który ujawnia się słowem, jest zupełnie fascynujący.
Chciałabym też, żebyśmy zerknęli na jego prace na papierze — te czynione bardzo szybko, tuszem, ołówkiem. Jak gwasz „Woda w Polsce”, przedstawiający nasze godło powiązane z butelką alkoholu — obrazoburczy, ironiczny, złośliwy przytyk do tożsamości narodowej, do tego, co znaczy być Polakiem. Chciałabym trochę odbrązowić tę postać, zdjąć Wróblewskiego z piedestału wielkiej historii sztuki i pokazać go wielowymiarowo.
Rocznica 2027 i katalog raisonné
Magdalena Ziółkowska: To, nad czym teraz pracujemy, to teksty Andrzeja Wróblewskiego z jednej strony i katalog raisonné wszystkich prac — po to, żeby w momencie wielkiej rocznicy, w dwudziestym siódmym roku, oddać w państwa ręce wszystkie dzieła, które stworzył jako malarz, ale także jako osoba parająca się krytyką literacką, pisząca teksty teoretyczne, jako historyk sztuki. Chcemy, żeby ten rok obfitował w wydarzenia wystawiennicze i publikację wszystkich tekstów: listów, wierszy, scenariuszy filmowych, pracy magisterskiej z opracowaniem naukowym. Równolegle chcemy opublikować bazę będącą katalogiem raisonné. Pracujemy też nad dużą wystawą w Polsce i poza nią, w Europie — szczegółów jeszcze nie możemy zdradzić.
Maja Michalak: Ale już teraz można zobaczyć dzieła Wróblewskiego na wystawie w Warszawie, w Fundacji Rodziny Staraków, w Spectra Art Space.
Magdalena Ziółkowska: Tak, jest ona konsekwencją wystawy weneckiej, ale nie jej powtórzeniem — ma zupełnie inny temat. Wystawa wenecka pokazywała różne aspekty twórczości Wróblewskiego, z wypożyczeniami muzealnymi uzupełniającymi kolekcję Anny i Jerzego Staraków; jako fundacja współpracowaliśmy przy niej blisko, byliśmy autorami jednego z tekstów w katalogu. A ta wystawa jest bardzo ciekawym projektem, którego punktem wyjścia jest przyjaźń Wróblewskiego z Różewiczem.
Wróblewski i Różewicz
Wojciech Grzybała: Pierwszym dziełem, które powstało w tej relacji, nie były tylko obrazy Wróblewskiego czy teksty Różewicza, ale krótkometrażowy film. W pięćdziesiątym ósmym roku, z inicjatywy matki artysty Krystyny Wróblewskiej, jeden z przyjaciół — Konrad Nałęcki — nakręcił siedmiominutowy film „Otwarcie i zamknięcie oczu”, oparty na zderzeniu reprodukcji dzieł Wróblewskiego z twórczością poetycką Różewicza. Wystawa na Bobrowieckiej świetnie pokazuje te zbieżności — jak konkretne dzieła Wróblewskiego można komentować fragmentami wierszy Różewicza, jak tekst o chłopcu na białym tle czy „Rozstrzelania”.
Wróblewski i Wajda
Wojciech Grzybała: Chciałbym nawiązać do przyjaźni z Andrzejem Wajdą, o którym mówi się, że porzucił malarstwo na rzecz filmu ze względu na Wróblewskiego — widząc jego pracę, miał stwierdzić, że Wróblewski namalował dokładnie to, co on chciałby namalować, i lepiej nie potrafi.
Magdalena Ziółkowska: Mieliśmy przyjemność od samego początku być w kontakcie z panem Andrzejem Wajdą i panią Krystyną Zachwatowicz. Kilkukrotnie ich odwiedzaliśmy, pan Andrzej pokazywał nam pamiątki: listy, kilka prac z kolekcji, które zresztą przekazał. Warto podkreślić, że archiwum Andrzeja Wajdy zostało przekazane do Muzeum Sztuki i Techniki Japońskiej Manggha. Był świadkiem, przyjacielem, który już od konferencji w Rogalinie w sześćdziesiątym siódmym roku dawał świadectwo tamtego czasu.
Wojciech Grzybała: Ostatnim dużym projektem, o którym Wajda marzył, była wystawa otwierająca nową część Manggghi — galerię „Europa – Daleki Wschód” — w 2015 roku, „Wróblewski według Wajdy”. A dwa lata temu, jesienią 2023 roku, w Mangghze otworzyliśmy wystawę, która przewrotnie łączyła Wróblewskiego z Wajdą tylko jedną pracą: małym rysunkiem, który Wróblewski podarował Wajdzie, przedstawiającym Tatry z cyklu czarno-białych tuszy. Wystawa „Karłowicz – Wróblewski – Wajda” połączyła trzy twórczości: poza Wróblewskim pokazaliśmy zdjęcia Karłowicza i grafiki oraz pastele Leona Wyczółkowskiego.
Relacja Wróblewskiego z Wajdą jest widoczna w filmach samego Wajdy. Jednym z największych pomników jest słynna sekwencja w filmie „Wszystko na sprzedaż”, kiedy bohaterowie podjeżdżają pod wystawę Wróblewskiego. O tej wystawie piszemy w książce „Andrzej Wróblewski. Exhibiting” jako o przykładzie wystawy, która nigdy nie miała miejsca — Wajda stworzył scenografię, wystawę na potrzeby filmu, dziesięć lat po śmierci Wróblewskiego. Przez półtorej minuty pokazywane są słynne „Rozstrzelania”, „Szofer” — Wajda pierwszy raz powiesił te obrazy według własnego pomysłu.
Historia wystaw jednego artysty
Maja Michalak: Stworzyliście publikację skupiającą się tylko na wystawach związanych z Wróblewskim — ma ponad 800 stron.
Magdalena Ziółkowska: Mam wrażenie, że dopiero dotknęliśmy tego tematu. Udało się najbardziej rozpracować strategie, którymi posługiwała się matka, dbając o pośmiertny dorobek — te wszystkie sygnatury, napisy, tytuły, i konsekwencje, jakie to wywołało dla recepcji. To dosyć wyjątkowa książka, bo nie znaleźliśmy publikacji dedykowanych wystawiennictwu jednego artysty. Zrobiliśmy pracę przekrojową, diagnozującą wszystkie wystawy indywidualne, ze zweryfikowanymi datami.
Wojciech Grzybała: Dotarliśmy do nieznanych wcześniej zasobów dokumentacji, pokazujących wystawy zagraniczne — w jakich konstelacjach prace Wróblewskiego pojawiały się w latach sześćdziesiątych, prezentowane przez Ryszarda Stanisławskiego czy Stanisława Lorentza, dyrektorów muzeów, którzy byli ambasadorami sztuki polskiej na świecie i tworzyli przekrojowe ekspozycje podróżujące od Genewy po Brukselę, Wenecję. Poświęcamy też uwagę „wielkim papierom” i temu, jak prace na podłożu papierowym funkcjonowały na wystawach — tu podziękowania dla profesor Marzeny Ciechańskiej, autorki eseju o konserwacji papieru.
Magdalena Ziółkowska: Patrzymy nie tylko na wystawy pod kątem kuratorskim czy architektonicznym — jak prace były powieszone, czy oparte o ścianę jak u Andrzeja Pawłowskiego — ale też na całe zaplecze: opiekę nad dziełem, konstelacje, w jakich funkcjonuje, narracje, jakie tworzy. I wreszcie na to, jak ta twórczość istnieje w narracji polskiej historii sztuki, jak Wróblewski był opisywany jako artysta „pokolenia tragicznego”, odnajdywany jako bohater przez różne grupy.
Wojciech Grzybała: Trzeba powiedzieć dla porządku, że Wróblewski od chwili śmierci miał ponad 70 wystaw indywidualnych — od wielkiej pośmiertnej, która gromadziła ponad 200 dzieł, przez rocznicową w sześćdziesiątym siódmym i ósmym roku w Muzeum Narodowym w Poznaniu, a później w Warszawie, po te z lat dziewięćdziesiątych, których kuratorkami były Hanna Wróblewska w Zachęcie i Zofia Gołubiew w Muzeum Narodowym w Krakowie.
Wojciech Grzybała: Pierwsze dekady to głównie „Rozstrzelania”, które jeździły po całej Europie — był plan zawiezienia ich do Moskwy i Stanów Zjednoczonych. Drugą grupą były prace na papierze do mniejszych przestrzeni. Później powstawały wystawy łączące różne twórczości — de facto druga wystawa indywidualna Wróblewskiego, jesienią pięćdziesiątego szóstego roku, łączyła jego twórczość z pracami Włodzimierza Kunza i Witolda Damasiewicza. Tym tropem powstawały kolejne: wystawa Wajda–Wróblewski, zrobiona dwukrotnie według pomysłu Andy Rottenberg, czy wystawa z lat osiemdziesiątych zestawiająca Wróblewskiego z pracami z warsztatu Rubensa i grafikami van Dycka, mówiąca o ekspresji i micie. Był też zestawiany z Marią Jaremą czy Jadwigą Maziarską.
Wojciech Grzybała: Pierwsze wystawy były pozbawione ograniczeń konserwatorskich — prace przyszpilano do aksamitu, później konserwatorka konserwowała dziurki po pinezkach. Kolejnym sposobem było kładzenie prac bezpośrednio pod szkłem, co dziś jest konserwatorsko niedopuszczalne. Matka naklejała prace na papierze na płótno i traktowała je jak obrazy. To wszystko ogranicza, jak dziś można konstruować scenografię wystawy.
Rola matki — opieka i mit
Maja Michalak: Czy matka chciała wykreować mit Wróblewskiego jako doskonałego artysty i tym samym zatuszować pewne fakty, unikać obszarów, które mogłyby negatywnie wpłynąć na wizerunek?
Magdalena Ziółkowska: Po części można się z tym zgodzić. Dorobek socrealistyczny na papierze — „Cypr nowy”, „Żałobna wieść” i kilka innych — zaistniał w obiegu wystawienniczym dopiero w 2010 roku, na wystawie w Holandii, zanim pojawił się w Polsce. Ale myślę, że przede wszystkim towarzyszyła jej chęć ochrony dorobku, by nie został zanonimizowany. Jeżeli artysta nie zatytułował prac i nie oznaczył sygnaturą, są one na dobrą sprawę anonimowe — więc chciała nadać im dodatkowe znaczenie. Dokonała ogromnej klasyfikacji, którą opublikowała w katalogu z pięćdziesiątego ósmego roku — wymienia tam ponad 1490 prac we wszystkich technikach, od drzeworytów po litografie i prace olejne. To ogromna praca inwentaryzacyjna, choć wiele prac, które Wróblewski podarował przyjaciołom za życia, znajduje się poza tym spisem.
Te socrealistyczne prace — „Żałobna wieść”, „Powódź”, „Cypr” tuszem z pięćdziesiątego trzeciego roku — były prezentowane na documenta w Kassel. Ten Wróblewski, przez lata przemilczany, bo tematy były politycznie ustawione (śmierć Stalina, wielka powódź), jest ciągle wybitny i ciekawy.
Wojciech Grzybała: Poza selekcją dzieł matka decydowała też, która praca jest awersem, a która rewersem — czy będzie to „Rozstrzelanie”, „Likwidacja getta”, czy „Szofer”. W pracach na papierze szło to dalej: były naklejane na płótno, gdzie druga praca została odsłonięta dopiero po 60 latach. Takich decyzji było bardzo wiele.
Warto podkreślić, że matka artysty, poza tą ogromną opieką, nigdy nie napisała ani nie udzieliła żadnego wywiadu, nigdy publicznie nie wspominała o synu — poza jedną lakoniczną informacją, że jest matką Andrzeja Wróblewskiego. Ze swoimi studentami na Politechnice nigdy nie rozmawiała o jego twórczości. To bardzo znaczące: ogromna opieka i dbałość, a z drugiej strony przemilczenie historii mówionej.
Magdalena Ziółkowska: Jest jeszcze jeden aspekt: twórczość samej matki. Krystyna Wróblewska była aktywną drzeworytniczką i graficzką przez całe życie, pierwszą nauczycielką Wróblewskiego. To osobny, bardzo ciekawy temat — wpływ twórczości Andrzeja na twórczość Krystyny po pięćdziesiątym siódmym roku. Patrząc na tematy i sposób obrazowania, widzimy wiele zbieżności. Uważamy, że nie tylko porządkowała, ale też się nim inspirowała.
Cienie rodziny
Maja Michalak: Mówimy dużo o matce. A czy żona wypowiadała się na temat jego twórczości?
Magdalena Ziółkowska: Tu dotykamy trudnego tematu — każda rodzina wielkiego artysty ma swoje cienie. Mamy pięćdziesiąty siódmy rok, ginie niespełna trzydziestoletni mąż, a Teresa zostaje z trójką dzieci: z pierworodnym synem Andrzejem, zwanym w domu Kitkiem — tym, którego znamy z wielu rysunków — i z urodzonymi w pięćdziesiątym piątym roku bliźniaczkami, Krystyną i Martą Wróblewską, z którą współtworzymy i współprowadzimy fundację. To bardzo trudny moment dla Teresy, która nie radzi sobie z utratą męża, więc materialną spuścizną zajmuje się raczej Krystyna, matka artysty.
Wojciech Grzybała: Krystyna Wróblewska była niezwykle osadzona w środowisku intelektualnym. Przybywa z synami, Andrzejem i Jerzym, z Wilna do Krakowa jako repatriantka. Wcześniej była żoną owdowiałą po rektorze Uniwersytetu Stefana Batorego w Wilnie, artystką po stypendium w Paryżu — uznaną twórczynią z dostępem do najważniejszych osób zajmujących się sztuką: wykładowców, dyrektorów muzeów. Po śmierci syna dokonuje licznych depozytów i sprzedaży prac do kolekcji muzealnych — w kartach muzealnych zwykle jest napisane, że to sprzedaż Krystyny Wróblewskiej w imieniu spadkobierców. Jak Wajda wielokrotnie opowiadał, kontakt wdowy z matką artysty nie był najlepszy — Teresa była osobą cierpiącą i chorą, więc ciężar zajmowania się dorobkiem przejęła matka.
Sztuka wciąż aktualna
Maja Michalak: Podsumowując — czym jest dla was Andrzej Wróblewski jako artysta i człowiek?
Magdalena Ziółkowska: Bardzo lubię cytat, który przez wiele lat widniał jako motto na naszej stronie — słowa artysty, jego artystyczne credo, że chciałby dotknąć rzeczy niemożliwych, ukazać to, co do tej pory nie udało się ukazać innym, pokazać rzeczy ostateczne w sposób poruszający. Mimo że prowadzimy fundację trzynaście lat, a zajmujemy się dorobkiem dużo dłużej, Wróblewski jest dla nas artystą wciąż nieodgadnionym, fascynującym, nieoczywistym.
Wojciech Grzybała: Kiedy rozmawiamy z badaczami na świecie, którzy nie znają tej twórczości w takim rozmiarze jak my, zaskakujące jest, jak pojedyncze dzieła potrafią oddziaływać na ludzi, którzy widzieli bardzo dużo dobrej sztuki z różnych epok. Niezależnie od pokolenia mówią, że to niezwykle silna, poruszająca sztuka — i przez te siedem dekad od chwili powstania cały czas aktualna. Możemy patrzeć na „Rozstrzelanie” jako na malarską ilustrację okropieństwa drugiej wojny światowej, ale gdy oderwiemy historię, jak łatwo komentuje dzisiejsze czasy. „Kolejka”, ilustracja biedy drugiej połowy lat pięćdziesiątych — gdy popatrzymy na te obrazy ludzi zrośniętych krzesłami, zmieniających się w marazmie, na dzisiejszy świat — są wciąż aktualne. To ironiczne, dosadne, mięsiste prace pokazujące naturę człowieka: od prac erotycznych po te, które pokazują okrucieństwo człowieka wobec człowieka.
Maja Michalak: Bardzo dziękuję wam za tę rozmowę — była dla mnie ogromną przyjemnością. Państwa serdecznie zachęcam do zgłębiania twórczości Andrzeja Wróblewskiego i poznania działalności fundacji. Do usłyszenia.
Magdalena Ziółkowska: Bardzo dziękujemy.
Jeśli masz ochotę dalej wychodzić poza ramy i odkrywać historię sztuki, sprawdź kursy i webinary o sztuce na Poza Ramami.